Obudziłem się rano. Nic niezwykłego. Sobota. Ale ten rodzaj poranka, kiedy ciało waży trochę więcej niż zwykle. Kości jakby ktoś pożyczył na noc i oddał pogniecione. Dusza też nie była w najlepszej formie. A duch… … wyglądał na takiego, który mówi: dziś beze mnie. Leżałem chwilę i patrzyłem w sufit. Sufit jest dobrym rozmówcą. Nie przerywa. W głowie miałem tylko jedno zdanie. Małe. Bez teologii. - Co robić? Nie powiedziałem tego głośno. Szept też byłby przesadą. To było raczej coś pomiędzy myślą a westchnieniem. Czy znowu mam uciekać? Bo znam ten manewr. Człowiek zmienia miejsce, rytm dnia, ludzi przy stole. Przez moment jest ciszej. Potem wszystko wraca i siada obok. Leżałem tak jeszcze chwilę. I wtedy odezwał się telefon. Zwykły dźwięk. Nie nic nadprzyrodzonego. Ten sam, który słyszę kilka razy dziennie. Spojrzałem na ekran. Jedno zdanie: „Pan jest wierny. On was utwierdzi i będzie was strzegł od złego.” Przeczytałem je raz. Potem drugi. I wydarzyła się mała rzecz. Zdanie nie próbowało mnie naprawić. Nie mówiło: ogarnij się. Po prostu stało obok. Jak ktoś, kto siada przy twoim łóżku i nic nie mówi, ale przez to nagle nie jesteś już sam. Pomyślałem wtedy coś bardzo prostego. - Może ja nie muszę dziś wiedzieć, dokąd iść? Nie muszę być znów odważny. Może wystarczy, że Ktoś a za Nim drugi ktosiek jest wierny? Jeśli On naprawdę pilnuje drzwi, to ja nie muszę uciekać. Usiadłem na łóżku. I to był dobry początek dnia.
Obudziłem się rano.
Obudziłem się rano. Nic niezwykłego. Sobota. Ale ten rodzaj poranka, kiedy ciało waży trochę więcej niż zwykle. Kości jakby ktoś pożyczył na noc i oddał pogniecione. Dusza też nie była w najlepszej formie. A duch… ……

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.