No jasne, że byłem grzeszny. Byłem jak chleb, co upadł masłem do brudu. Jak moneta w błocie - błyszczy, ale ręka się brzydzi sięgać. Oni mnie znali. Widzieli mnie przy stole z Rzymianami. Liczyłem szybciej niż oni myśleli. A potem jeszcze szybciej niż ja sam. Ktoś kiedyś powiedział, że każdy z nas ma swoje drzewo - moje było z miedzi, cynizmu i procentów. I kiedy przyszedł On - lud wyległ jak na procesję z darmowym chlebem i proroctwem. Każdy chciał dotknąć frędzla od płaszcza. A ja? Ja miałem metr pięćdziesiąt i reputację splamioną bardziej niż stary śnieg. Powiedzieli: „Zacheusz? Nie. Ty nie. ON nie dla takich.” Odsunęli mnie. Łokcie, spojrzenia, milczenie. Nawet dzieciaki rzucały ziarnami w moje sandały. Ale coś mnie wtedy tknęło. Nie wiem - może to było spojrzenie jakiejś kobiety, która jeszcze nie przestała wierzyć, że jestem kimś więcej niż sumą moich rachunków. Może to było to zmęczenie. Tym, że nigdy nie jestem tam, gdzie powinienem być. Więc wbiegłem. Biegłem jak ostatni idiota. Jak dziecko, co zgubiło ojca na targu. Jak pijany szczur po deszczu. A potem: sykomora. Głupie drzewo. Dobre drzewo. Trzymało mnie, choć mogło puścić. Wlazłem jak złodziej do cudzego świata. Chciałem go zobaczyć. Tylko tyle. I wtedy On spojrzał. Nie spojrzał jak urzędnik. Nie spojrzał jak kapłan. Spojrzał jak ktoś, kto zna twoje drugie imię. Jak ktoś, kto wie, że zbierałeś kamyki nad Jordanem i miałeś kiedyś matkę, która ci śpiewała. Powiedział: „Zacheuszu.” - Mój Boże, znał moje imię. „Zejdź. Dziś muszę być u ciebie.” Nie powiedział: „Jeśli się poprawisz.” Nie powiedział: „Jak już oddasz i naprawisz.” Powiedział: „Dziś. Teraz. W twoim domu.” Wiecie, co zrobiłem? Zszedłem. Nie tylko z drzewa. Zszedłem z tej wersji siebie, którą oni we mnie włożyli. Zszedłem z ego, z hańby, z lęku. Nie odpuściłem. Nie dla nich. Dla siebie. Bo może bycie grzesznikiem nie oznacza końca historii. Może to tylko pierwsza strona Ewangelii, którą ktoś wreszcie chce o tobie napisać. *** Nie wiem, co mnie tam zaciągnęło. Może nuda. Może rozpacz. Może coś jak nadzieja, ale taka, co leży pod szafą od miesięcy, zakurzona i nieświeża. Wiedziałem jedno: Ten Człowiek - ten Nauczyciel - przechodził przez moje miasto. A ja byłem za niski, żeby go zobaczyć, i za znany, żeby mnie nie rozpoznali. Więc wlazłem na drzewo. Nie z godnością. Nie z planem. Po prostu - bo chciałem zobaczyć. *** W tłumie byli wszyscy. Zgromadzeni jak przy darmowym chlebie. Ale Ja nie przyszedłem dla tych, którzy mają pełne brzuchy i piękne szaty. Szukałem kogoś, kto się wspiął, choć wszystko mówiło, żeby został na dole. Zobaczyłem go. Na sykomorze. Nie był piękny. Nie był wzruszający. Był… prawdziwy. I to wystarczyło. *** Ludzie szeptali. Niektórym nawet się wyrwało na głos: „Ten? Ten łajdak od podatków?” Ale On spojrzał na mnie tak, jakby znał historię mojego dzieciństwa. Jakby wiedział o tym razie, kiedy oddałem ostatni daktyl głodnemu psu. I powiedział: „Zejdź. Dziś muszę być w twoim domu.” Nie pytał, czy mam czyste ręce. Nie sprawdzał, czy spłacam długi. Po prostu - zaprosił się. Jak ktoś, kto nie chce poprawionej wersji ciebie. Chce tej prawdziwej. Tego, co jeszcze się nie poddało. *** Ludzie nie zrozumieli. Zawsze będą się dziwić, że wybieram tych, którzy nie mają już siły udawać. Ale oni są Mi najbliżsi. Zacheusz nie był odcięty. Był tylko odepchnięty. A Ja przyszedłem nie dla tych, co się mają dobrze. Nie dla zdrowych. Nie dla czystych. Przyszedłem dla WYKLUCZONYCH. Dla tych, co się wstydzą. Dla tych, co już nie wierzą, że ktoś ich zaprosi na kolację bez interesu. Dla tych, którzy chowają się na drzewach, żeby nie być problemem. Właśnie tam ich szukam. I właśnie tam ich znajduję.
No jasne, że byłem grzeszny.
No jasne, że byłem grzeszny. Byłem jak chleb, co upadł masłem do brudu. Jak moneta w błocie - błyszczy, ale ręka się brzydzi sięgać. Oni mnie znali. Widzieli mnie przy stole z Rzymianami. Liczyłem szybciej niż oni…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.