No dobrze, dość już o Dawidzie. Wszyscy znają tę historię: mały, rudy pastuszek z procą kontra wielki typ w zbroi z brązu. Jednym kamykiem wywrócił całą opowieść, a potem już tylko droga do tronu, do psalmów, do statusu bohatera narodowego. Dawid to „ten dobry”. Ale dzisiaj… bez Dawida. Tym razem tylko o Goliacie. Goliat był z Gat. Gat to nie była metropolia, raczej jedno z pięciu filistyńskich miast, ale i tak miało renomę. Być może Goliat był lokalnym bohaterem, trochę jak sportowiec, który wyrasta ponad resztę. Tyle że jego dyscypliną była wojna. Biblia mówi: „mąż pośredni”, czyli zawodowy wojownik, gladiator, ktoś, kto stawał do walk reprezentacyjnych. Nie był więc przypadkowym mięśniakiem, ale produktem systemu militarnego Filistynów. W niekanonicznych źródłach, jak midrasze, pojawia się sugestia, że Goliat miał starszych braci, także wojowników (2 Sm 21 wymienia czterech „olbrzymów” z Gat). To by znaczyło, że pochodził z rodu, gdzie wielkość była standardem. Być może genetyczna linia ludzi nadzwyczaj wysokich, których Izraelici postrzegali jako „Refaitów”, dawnych gigantów ziemi. Dla nich Goliat nie był więc tylko człowiekiem. Był cieniem dawnych czasów, reliktem epoki, w której olbrzymy spacerowały po ziemi. Można sobie wyobrazić Goliata jako pacjenta współczesnej kliniki endokrynologicznej: gigantyzm, akromegalia, być może wada wzroku (często towarzyszy tej chorobie). To ironia losu, bo człowiek, który paraliżuje armie samym wzrostem, mógł mieć problemy z widzeniem ostro. Jeśli to prawda, scena z procą Dawida nabiera innego sensu: szybki kamień mógł być czymś, czego jego oczy po prostu nie zdążyły zarejestrować. I oto człowiek, który całe życie był definiowany przez swoje ciało, przez wielkość, przez to, że inni bali się już na jego widok. A jednocześnie być może był więźniem tej samej wielkości. Jak nastolatek, którego wszyscy popychają do koszykówki, chociaż on chciałby malować. Midrasze i Talmud nie zostawiają na nim suchej nitki. Goliat jawi się tam jako ucieleśnienie pychy, bluźnierca, szyderca Boga Izraela. W Midraszu Tanchuma czytamy, że wychodził do walki rano i wieczorem, właśnie po to, by przeszkadzać Izraelitom w modlitwie Szema. Czyli nie tylko wojownik, ale wróg duchowy, wróg rytmu religijnego. Niektóre tradycje idą jeszcze dalej: mówią, że Goliat był potomkiem Orpy, szwagierki Rut. Jeśli to prawda, mamy tu niemal rodzinny dramat: Dawid (potomek Rut) kontra Goliat (potomek Orpy). Historia nie dwóch narodów, lecz dwóch kobiet, które wybrały różne drogi. Orpa wróciła do swojego ludu, Rut poszła za Boazem i weszła do genealogii Dawida. A więc pojedynek nie był tylko wojskowy, to była symboliczna konfrontacja dwóch gałęzi tej samej rodziny. *** W narracji biblijnej, Goliat olbrzym do pokonania. Wróg, którego Bóg musi załatwić, by pokazać, że to nie siła, ale wiara zwycięża. W psychologii: każdy ma swojego Goliata. To lęk, depresja, kredyt hipoteczny, choroba, toksyczna relacja. Wygląda na większego, niż naprawdę jest, i paraliżuje nas, zanim jeszcze spróbujemy walczyć. W kulturze żydowskiej ten olbrzym, to pycha świata pogańskiego, która upada wobec prostoty wiary Izraela. W spojrzeniu współczesnym: może ofiara swojej biologii, może facet, który chciałby wieczorem siedzieć z kubkiem wina na tarasie, ale całe życie musiał być wojownikiem, bo jego wygląd nie zostawiał mu wyboru. *** Nie ma w Biblii ani jednego zdania o tym, co czuł. A przecież musiał coś czuć. Wychodził codziennie na pole bitwy, powtarzał swoje wyzwania. Być może był w tym także lęk, bo przecież każdy dzień mógł być tym ostatnim. Może znudziła go rola „tego wielkiego, którego wszyscy się boją”. Może bał się śmierci bardziej niż reszta, bo wiedział, że gdy upadnie taki olbrzym, wszyscy to zapamiętają. A jeśli…? Wyobraźmy sobie Goliata jako narratora własnej historii. Może mówiłby coś takiego: „Nie chciałem być olbrzymem. Nie chciałem być bronią w rękach Filistynów. Każdy patrzył na mnie i widział tylko mięśnie. Nikt nie widział, że mam matkę, że mam sny. A kiedy ten chłopak z procą patrzył na mnie, po raz pierwszy ktoś spojrzał bez strachu. I wtedy poczułem, że to się skończy. Że całe moje życie prowadziło do tego kamienia.” *** Kim był Goliat? - Wojownikiem, symbolem, archetypem lęku. - Potomkiem dawnej linii, być może „resztką olbrzymów”. - Człowiekiem, który stał się bohaterem cudzej historii, nie swojej własnej. Dawid miał przyszłość. Goliat miał tylko teraźniejszość i to jedną, krótką chwilę, która skończyła się kamieniem w skroni. I może dlatego warto czasem mówić nie tylko o Dawidach, którzy wygrywają, ale też o Goliatach, bo w każdym z nas jest trochę jednego i drugiego. Bez dwóch razem - nie byłoby historii. A jeśli ich rozdzielić? To kim jestem ja?
No dobrze, dość już o Dawidzie.
No dobrze, dość już o Dawidzie. Wszyscy znają tę historię: mały, rudy pastuszek z procą kontra wielki typ w zbroi z brązu. Jednym kamykiem wywrócił całą opowieść, a potem już tylko droga do tronu, do psalmów, do statusu…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.