Niektórzy sądzą, że problemem świata jest to, że nigdy nie zasypia. Albo te wszystkie wewnętrzne konflikty, które rozbijają nas od środka jak dwa konie ciągnące jeden rydwan w przeciwnych kierunkach. Psycholodzy mówią: traumy. Biolodzy: geny. Socjolodzy: system. A Biblia? Biblia milczy tak długo, aż wreszcie mówi: grzech pierworodny. Grzech, który nie jest tylko pierwszym, ale i pierwotnym. Nie chodzi o to, że ktoś kiedyś coś zjadł nie ze swojej miski. Chodzi o to, że ktoś kiedyś uznał, że może sam decydować o dobru i złu, jakby był równy Bogu. A potem, wiadomo, wszyscy zostaliśmy wpisani w ten stary, niekończący się konflikt: - dusza mówi “tak”, ciało “nie”, sumienie “może”, a ego “teraz!”. A jednak… każdy z nas to czuje. To podskórne rozdwojenie. Jakbyśmy byli radioodbiornikiem złapanym między dwie stacje: jedna to pieśń stworzenia, druga to szum zakłóceń. I czasem wydaje nam się, że jesteśmy cudownie zsynchronizowani z harmonią nieba. A innym razem, że nadajemy z samego dna piekła. Św. Paweł mówił o tym z rozbrajającą uczciwością: „Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię właśnie zło, którego nie chcę” (Rz 7,19). Owidiusz, nie będący chrześcijaninem, potwierdził: „Widzę, co lepsze, i pochwalam to, ale idę za tym, co gorsze”.  Psychologia rozkłada ręce. Biologia tłumaczy ewolucyjną pozostałością zwierzęcości. Ekonomia winą obarcza kapitał i nierówności społeczne. A tymczasem, tak tak rozumiem z Biblii, chodzi o naszego ducha tęskniącego za absolutną doskonałością. To nie tylko nasze doświadczenia, nasza biografia czy niewydolne układy nerwowe. To rana w strukturze człowieczeństwa. Zdziczenie duszy. Błąd nie tylko w systemie, ale w samym rdzeniu. Grzech pierworodny nie polega tylko na winie. Polega na utracie harmonii. Jakby jeden z muzyków w boskiej orkiestrze zagrał fałszywą nutę i pociągnął za sobą cały świat w dysonans. Można było to powstrzymać? Może. Ale Bóg nie chwyta za batutę, by zmusić do gry. Bóg czeka. I pyta: - Czy zagrasz jeszcze raz, ale tym razem z Miłością? Ot… nasza wolna wola. Dar. Błogosławieństwo czy przekleństwo? *** Wyobraź sobie świat, w którym pierwszy muzyk nie fałszuje. Adam i Ewa patrzą na drzewo poznania dobra i zła i mówią: „Nie, dziękujemy. Mamy wszystko, czego nam trzeba”. Wtedy… co? Nie ma historii wojen, nie ma przepoconych konfesjonałów, nie ma dziwnych lęków, które czają się w nas jak bezpańskie psy. Nie musimy wracać z terapii, bo świat jest sam w sobie terapią. Delikatnym dotknięciem Boga. Życie bez grzechu wyglądałoby jak orkiestra, w której każdy gra w idealnym rytmie, nie próbując być solistą. Nie ma chciwości, więc nikt nie odkłada na konto „na wszelki wypadek”. Nie ma kłamstw, bo prawda jest jak tlen - wchodzi w ciebie, zanim zorientujesz się, że jej potrzebujesz. Nie ma wstydu, bo nikt nie ocenia ciała ani duszy i wszystko jest przezroczyste i wolne. I wiesz co? Nie ma nawet słowa „wybaczam”, bo nikt nie ma powodu, by je wypowiadać. Ludzie (o ile w ogóle bylibyśmy „ludźmi” w tym sensie) żyją w stanie czułego zdziwienia, jak dzieci, które wchodzą w ocean po raz pierwszy. Nic nie ciągnie ich w dół, żadna niewidzialna siła nie mówi: „Bądź lepszy, mądrzejszy, ładniejszy”. Bo tam nie ma porównywania. - Ale czy taki świat byłby… nasz? - Czy w takim świecie umielibyśmy pisać wiersze, płakać przy muzyce, kochać kogoś, kto odchodzi? - Czy miłość miałaby smak, gdyby nie to, że czasem pękamy w środku, a ktoś przychodzi, by nas skleić? (Albo nie przychodzi i zmagamy się z tym sami?). To dziwne, ale może właśnie nasza kruchość sprawia, że umiemy kochać mocniej. Bez niej bylibyśmy tylko melodią, która gra bez przerwy - piękną, ale pozbawioną momentów ciszy, w których można poczuć tęsknotę. *** Grzech pierworodny nie jest tylko teologiczną ideą. To jak pęknięcie w instrumencie, które sprawia, że każdy nasz dźwięk jest lekko przesunięty, odrobinę drżący, nie do końca czysty, ale właśnie przez to prawdziwy. Bez niego bylibyśmy perfekcyjni, ale nienaruszalni. Doskonali, ale bez głębi. Świat bez grzechu byłby jak lustro bez zarysowań. Odbijałby wszystko, ale nic nie zatrzymywał. Żadnych pytań. Żadnych prób powrotu. Żadnych modlitw szeptanych przez zaciśnięte gardło. Z grzechem upadamy. Ale też wstajemy. Gubimy się, ale szukamy. I właśnie to szukanie, ten nieustanny powrót do Tego, który pierwszy nas pokochał, nadaje naszemu życiu rytm. Jakby cała historia istnienia była symfonią, której najpiękniejsze fragmenty powstały nie tam, gdzie wszystko brzmiało idealnie, ale tam, gdzie ktoś odważył się wrócić, podnieść instrument i zagrać raz jeszcze, tym razem z serca. Bo jeśli grzech wprowadził dysonans, to ŁASKA nauczyła nas, że można żyć w nieidealnym świecie, a jednak czynić go pięknym. I że nawet najgorsza nuta może być początkiem nowej pieśni. Nie dzięki sile. Nie dzięki perfekcji. Ale dzięki Temu, który zagrał pierwszy. I do Niego będzie należał też ostatni akt.
Niektórzy sądzą, że problemem świata jest to,…
Niektórzy sądzą, że problemem świata jest to, że nigdy nie zasypia. Albo te wszystkie wewnętrzne konflikty, które rozbijają nas od środka jak dwa konie ciągnące jeden rydwan w przeciwnych kierunkach. Psycholodzy mówią:…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.