Niektórych ludzi świat po prostu nie przyjmuje. Nie chodzi o to, że są nazbyt inni. Nie chodzi nawet o to, że są zbyt święci albo zbyt szaleni. Chodzi o to, że są zbyt delikatni w miejscu, gdzie wszystko się obija, wszystko trzeszczy, wszystko wylicza się na przyszłość. I właśnie taka była Katarzyna. Niebo mówiło do niej głośniej niż matka. Miłość znaczyła dla niej więcej niż życie. A Bóg nie był teorią - był Obecnością. Był Kimś. I nie można było Go oszukać. *** Miała ciało, które protestowało przeciwko codzienności. Nie chciało jeść. Nie chciało dotyku. Nie chciało robić tego, co trzeba, by zostać kobietą na miarę oczekiwań: urodzić, przetrwać, zestarzeć się, być potrzebną… choćby przez chwilę. Więc zaczęła umierać. Nie jak ofiara. Jak zakochana. Jak ktoś, kto wie, że życie bez Obiektu miłości to nie życie, tylko uprzejma agonia w dobrze wentylowanym domu. *** Być może to była anoreksja. Albo swoisty rodzaj buntu. Głośne „nie” wobec świata, który zawsze mówi (i wtedy, i teraz): „Weź więcej, chciej więcej, bądź więcej.” A ona: „Nie. Wystarczy, że On jest.” Czy to choroba? Czy to łaska? Nie wiem. I chyba nie muszę wiedzieć. Bo może czasem nie da się odróżnić mistyki od żalu, duchowości od smutku, miłości od potrzeby, by ktoś wreszcie nie zniknął. *** Jeśli dziś myślę o Katarzynie, to nie jak o bohaterce katechezy. Myślę o niej jak o dziewczynie, która nie umiała się zatrzymać. Bo nie chciała. Bo gdy raz spojrzysz w oczy Temu, który cię zna bardziej niż ty sam, wszystko inne staje się… dziwnie nieznośne. *** Może właśnie dlatego nie chciała przetrwać. Bo nie chodziło o przetrwanie. Chodziło o obecność. O intymność. O bycie dla. *** Jest taki rodzaj świętości, który pachnie… samotnością. Nie miłością. Nie wspólnotą. Nie radością. Samotnością. Świętość, która mówi: “Oddam wszystko”, ale w gruncie rzeczy krzyczy: “Niech ktoś mnie w końcu zobaczy. *** Może więc być egoistyczna. Choć nikt nie chce tego przyznać. Nie chodzi o próżność. Chodzi o ból nieistnienia, który popycha do tego, by stać się niezbędnym. przynajmniej dla Boga. Bo skoro nie jestem wystarczający dla świata, dla ludzi, dla siebie… to może, jeśli się wyniszczę, jeśli oddam, jeśli zniknę a On mnie… dostrzeże? To nie jest cyniczne. To jest ludzkie. To jest głód bycia chcianym, który ukrywa się pod płaszczem pobożności. I niestety bywa… uświęcony. *** A przecież Jezus mówi inaczej. „Miłuj bliźniego jak siebie samego.” (Mt 22,39) Nie „zamiast siebie”. Nie „kosztem siebie”. Jak siebie. Ale żeby kochać siebie, trzeba siebie mieć. A żeby siebie mieć, trzeba być obecnym w swoim ciele, w swoich emocjach, w swojej codzienności. *** Czy Ewangelia zachęca do wyniszczania się? Nie. Jezus jadł, pił, tańczył, bywał. Ewangelia zachęca do oddania, a nie do destrukcji. Jest różnica między ofiarą z miłości, a autodestrukcją z lęku. Jezus nie przyszedł, by nas złamać. Przyszedł, by nas przywrócić. Post, milczenie, samotność - mogą być drogą. Ale jeśli prowadzą do pogardy wobec ciała, do nienawiści do siebie, do choroby, to nie są już Ewangelią. Są duchowym szantażem wobec siebie i wobec Boga. *** Bo Jezus nie przyszedł po to, byśmy zniknęli. Przyszedł, byśmy żyli. I to życiem w obfitości. *** Może Katarzyna naprawdę myślała, że miłość to znikanie. Że im mniej jej samej, tym więcej Boga. Że im mniej ciała, potrzeb, głosu, tym bardziej jest godna. Ale Jezus nigdy tak nie kochał. Nie kochał za milczenie. Kochał w nim. Nie kochał za to, że ktoś się wyniszczył. Kochał przez to wszystko, co człowiek w sobie miał, nawet to, co wydawało się niegodne. *** Zobacz: Jezus nie przyszedł do ascetów. Przyszedł do grzeszników, wdów, dzieci, pijaków i chorych. Nie mówił: “Wyniszcz się, a wtedy będziesz wart mojej miłości.” Mówił: “Dziś chcę być w twoim domu. W twoim ciele. W twojej codzienności. Nie powiedział kobiecie przy studni: „Zmień się, a potem porozmawiamy.” Powiedział: „Daj mi pić.” Przyjął coś od niej, zanim cokolwiek od niej zażądał. Bo prawdziwa miłość zaczyna się nie od oczekiwań, ale od obecności. Od czułego: „Jestem” „Jesteś.” *** Więc może dziś Jezus powiedziałby Katarzynie: „Nie musisz mnie zdobywać. Już jestem. Nie musisz milczeć. Chcę cię słyszeć. Nie musisz znikać. Chcę, żebyś była.” I może powiedziałby to też nam. Tobie. Mi. Tym wszystkim, którzy próbują kochać Boga, niszcząc siebie z poczucia, że są zbyt brudni, zbyt zwyczajni, zbyt nie-wystarczający. *** Ewangelia to nie gra w „(nie)wystarczająco”. To miłość, która wyprzedza nasz wysiłek. To głos, który mówi: „Nie dlatego jesteś ważny, że się poświęcasz. Jesteś ważny, bo jesteś Mój.” *** Katarzyna ze Sieny, a właściwie Caterina Benincasa (1347-1380) Urodziła się jako 24-te dziecko farbiarza z Sieny. Tak, dobrze czytasz: dwudzieste czwarte. Czyli od początku życia skazana była na to, by szukać ciszy tam, gdzie wszyscy krzyczą. W dzieciństwie zobaczyła Jezusa. Miał koronę, był świetlisty, a ona, mając sześć lat uznała, że to całkiem niezła alternatywa dla życia w średniowiecznej kuchni. Zamiast małżeństwo wybrała Boga. Zamiast zupy - post. Była analfabetką. Nigdy nie przeczytała Platona ani nawet „Małego Księcia”. Dyktowała listy do papieży, książąt, generałów. I, co najdziwniejsze, oni jej słuchali. *** Nie chodziła do kościoła, żeby się pokazać. Nie głosiła kazań, żeby mieć lajki. Nie chciała zostać świętą. Chciała być kochana. Prawdziwie. Całkowicie. Wiecznie. Więc wybrała Boga. Ale nie tego z rzeźb i kazań. Tego, który nie opuszcza, nawet gdy wszyscy już wyszli. *** W 1461 roku Kościół zrobił to, co Kościół potrafi najlepiej: zrobił z niej ikonę. W 1970 roku ogłoszono ją doktorem Kościoła, bez pytania, czy tego chciała. W 1999 została patronką Europy, kontynentu, który być może nigdy by jej nie zrozumiał, gdyby żyła tu i teraz. *** Nie była idealna. Nie była stabilna emocjonalnie. Ale była prawdziwa do bólu. I może właśnie dlatego Bóg ją kochał. *** Patronka ekstrawaganckiej tęsknoty, święta dziewczyn, które rozmawiają z Bogiem szeptem w autobusie. Jedna z nas. Trochę szalona. Trochę święta. Zbyt wielka, by ją całkiem zrozumieć. *** Katarzyna dorastała w domu pełnym ludzi i zapachu farb do tkanin. Już jako dziecko mówiła, że widzi Jezusa. W wieku sześciu lat opowiadała o wizji, w której Jezus patrzył na nią z wysokości i uśmiechał się. Z czasem stawała się coraz bardziej zamknięta w sobie. Zaczęła się modlić w samotności, pościć, spać na deskach. Rodzina próbowała ją przekonać, by poszła za głosem rozsądku, czyli za mężem. Ona wybrała inną drogę. W wieku szesnastu lat wstąpiła do Trzeciego Zakonu św. Dominika, co oznaczało, że żyła świeckim życiem, ale według reguły zakonu. Przez kilka lat niemal nie wychodziła z domu. Modliła się, pościła, odcinała się od codzienności. Z czasem jednak jej duchowa aktywność przybrała inny kierunek. Zaczęła spotykać się z ludźmi, pomagać chorym i ubogim. Rozmawiała z grzesznikami, odwiedzała więźniów, dyktowała listy. Najpierw do zwykłych ludzi, potem do biskupów, królów i papieży. Mimo że nie umiała pisać, jej listy dyktowane sekretarzom były przejmujące i bezpośrednie. Pisała do papieża Grzegorza XI, błagając go, by wrócił z Awinionu do Rzymu. I wrócił. Miała ogromny wpływ na ludzi, choć nie miała pozycji, urzędu ani wykształcenia. Jej życie duchowe było intensywne i radykalne. Z czasem ograniczyła jedzenie niemal do zera, twierdząc, że wystarcza jej Komunia. Wielu współczesnych badaczy widzi w tym symptomy anoreksji tej cielesnej i religijnej - formę kontroli, wyraz napięcia emocjonalnego, może głęboka potrzeba znaczenia. Ale w jej czasach było to odczytywane jako świętość, całkowite oddanie się Bogu. Zmarła w wieku 33 lat. A stygmaty? Pojawiły się po śmierci. Wyniszczona fizycznie postem, ale nadal aktywna do samego końca. Pisała, modliła się, doradzała. To jak samobójstwo ciała i elegia ducha. *** Nie była typową świętą. Jej styl życia był kontrowersyjny, momentami niepokojący. Ale była też kimś, kto nie bał się zadawać pytań, wchodzić w konflikty, mówić mocno i wyraźnie, także tym, którzy rządzili Kościołem. Miała głód sensu, który popychał ją na granice. Kochała Boga na swój sposób: całkowicie, bez kompromisów. Czasem może zbyt mocno. Ale właśnie dlatego zostawiła po sobie coś więcej niż biografię. Czy zostawiła wzór do naśladowania? - Zostawiła pytania, które nadal nie mają prostych odpowiedzi.
Niektórych ludzi świat po prostu nie przyjmuje.
Niektórych ludzi świat po prostu nie przyjmuje. Nie chodzi o to, że są nazbyt inni. Nie chodzi nawet o to, że są zbyt święci albo zbyt szaleni. Chodzi o to, że są zbyt delikatni w miejscu, gdzie wszystko się obija,…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.