„Niech więc wasze serce będzie doskonałe wobec PANA, naszego Boga, abyście postępowali według Jego nakazów i przestrzegali Jego przykazań tak jak dzisiaj.” 1 Księga Królewska 8:61 (UBG) To zdanie pada w chwili triumfu. Świątynia w Jerozolimie stoi gotowa. Kamień na kamieniu. Złoto. Zapach ofiar. Muzyka. Tłum. Wreszcie coś się domknęło. A jednak Salomon, zamiast celebrować budowlę, kieruje modlitwę w stronę serca. Jakby mówił: to jeszcze nie to. Jakby wiedział, że można mieć idealne miejsce kultu i zupełnie nie mieć Boga w środku. To jest konfrontujące także dziś. Żyjemy w świecie „prawie”. Prawie obecny. Prawie wierny. Prawie zaangażowany. Prawie modlę się. Prawie czytam. Prawie słucham. Prawie idę za tym, co trudne. I to „prawie” daje nam złudne poczucie bezpieczeństwa. Wystarczające, by nie zmieniać kierunku. Zbyt słabe, by zmienić serce. Salomon nie modli się o to, by lud był religijny. Prosi o coś ostrzejszego: o serce całe. Nierozdzielone. Niezajęte planem B. Nie takie, które wraca do Boga wtedy, gdy wszystko inne zawiedzie. Tylko takie, które jest zwrócone ku Niemu także wtedy, gdy życie idzie gładko. Bo łatwo być połowicznie zaangażowanym. Czytać Biblię, kiedy mamy przestrzeń. Modlić się, gdy pojawia się strach. Być w kościele, jeśli kalendarz pozwala. To nie jest zła wola. To raczej zmęczenie współczesnego człowieka, który żyje w trybie rozproszenia. Wszystko woła o uwagę. Wszystko chce pierwszeństwa. A Bóg, w przeciwieństwie do świata, nie krzyczy. I właśnie dlatego modlitwa Salomona brzmi dziś tak aktualnie. Jak spokojne, ale stanowcze pytanie: - komu naprawdę oddałeś swoje serce? Całkowite zaangażowanie nie jest heroizmem. Nie jest duchową nadludzkością. To raczej seria małych, codziennych zwrotów ku Bogu robionych nie z poczucia obowiązku, lecz z pragnienia. Czytać Pismo nie po to, by „odhaczyć” dzień, ale by pozwolić, żeby Słowo miało ostatnie słowo nad naszym myśleniem. Modlić się nie tylko w sytuacjach granicznych, lecz w rytmie dnia, zgodnie z prostym, a radykalnym wezwaniem: „Nieustannie się módlcie” (1 Tesaloniczan 5:17). Być związanym z Kościołem nie jak z usługą, lecz jak z ciałem, do którego się należy, z całą jego niedoskonałością i realnością. I żyć w posłuszeństwie, które nie jest kajdanami, ale drogą. Bo Boże przykazania nie duszą życia. One je porządkują. To wszystko brzmi wymagająco. I takie jest. Ale jest w tym także pocieszenie: - Bóg nie wzywa do perfekcji. Wzywa do wejścia na dobrą drogę. Do serca, które, nawet jeśli upada, nie zmienia adresu. Całkowite zaangażowanie oznacza tyle: nie trzymam Boga na marginesie. Nie rezerwuję Go na kryzys. Oddaję Mu centrum. A reszta, powoli, często nieporadnie, zaczyna się wokół tego porządkować. I być może właśnie o to chodziło Salomonowi. Nie o świątynię z kamienia. Ale o świątynię z żywego, CAŁEGO serca.