Nie wiem, kiedy dokładnie zaczyna się to rozdwojenie. Może w chwili, gdy pierwszy raz zrobisz coś, o czym wiesz, że nie powinieneś, i nic się nie dzieje. Niebo nie spada. Ziemia się nie rozstępuje. Jedyne, co czujesz, to lekkie ukłucie w środku, coś jak pęknięcie w porcelanie. Małe. Niewinne. Do przeoczenia. A potem uczysz się z tym żyć. To właśnie to „ciało”, o którym mówi Paweł. Ta cicha, domowa bestia, która mówi: „spokojnie, to tylko raz”, „wszyscy tak robią”, „nie przesadzaj z tą duchowością”. Nie krzyczy. Nie wali pięściami w stół. Szepcze. A jej głos jest znajomy i ciepły, bo to przecież twój własny. I wtedy właśnie, zanim się obejrzysz, zaczynasz karmić niewłaściwe ziarno. *** Miałem kiedyś dwie rośliny. Jedną podlewałem, bo była łatwa w pielęgnacji; rosła wszędzie, w każdych warunkach. Nie wymagała wiele, a mimo to rosła jak szalona, aż w końcu zarosła mi parapet. Drugą zaniedbałem, bo wydawała się kapryśna, zbyt wymagając i postawiłem ją w niewygodnym miejscu. Po paru tygodniach obumarła. Później odkryłem, że ta pierwsza była chwastem. Z ciałem jest podobnie. Ono rośnie szybko. Daje natychmiastową gratyfikację, natychmiastowy smak, natychmiastowy blask, uciechę. Ale jego owoce są puste jak cukier, który daje energię tylko na chwilę, po czym zostawia cię z drżeniem rąk i wstydem, którego nie da się strząsnąć. Duch działa inaczej. Nie narzuca się. Nie daje rozkwitu od razu. Kiedy Go prosisz o owoc, daje ci nasiono i… łopatkę, i grabki. *** „Ukrzyżować ciało”… jak to brzmi w XXI wieku? Nie chodzi o umartwienie ani o wojnę z własnym człowieczeństwem. To raczej codzienna, cicha decyzja: dziś nie pozwolę mojemu ego prowadzić mnie za rękę. Dziś wybiorę to, co trudniejsze, ale prawdziwe. To moment, kiedy odmawiasz sobie ostatniego słowa w kłótni. Kiedy dzwonisz do kogoś, kogo nie lubisz, tylko po to, by zapytać, jak się czuje. Kiedy przebaczasz, zanim emocje ci na to pozwolą. To właśnie ukrzyżowanie; nie spektakl, nie cierpiętnictwo, tylko rezygnacja z własnej władzy nad sobą. *** Wiesz, co jest najtrudniejsze? Że Duch nie działa automatycznie. Nie wystarczy powiedzieć: „wierzę”. Trzeba podlewać. Trzeba pielić. Trzeba czekać. Miłość nie wyrasta z deklaracji, tylko z codziennego zmagania z własnym gniewem. Pokój nie rodzi się w ciszy, ale w chaosie, który przestajesz karmić. Cierpliwość dojrzewa w środku dnia, gdy ktoś trzeci raz zadaje to samo pytanie. A radość, ta prawdziwa radość, pojawia się wtedy, gdy przestajesz liczyć, co ci się „należy”. Może więc to wszystko sprowadza się do prostego pytania: - które ziarno dziś podlejesz? To łatwe w obsłudze, które obiecuje szybki wzrost i tanie emocje? Czy to trudne, które wymaga czekania, aż z małego zielonego punktu coś się przebije przez ziemię i stanie się czymś na prawdę pięknym? Paweł wiedział, że ta decyzja nie jest jednorazowa. Każdego dnia ciało próbuje zejść z krzyża i znowu przemówić. Każdego dnia trzeba je tam odprowadzać z powrotem z czułością, ale stanowczo. Bo krzyż nie jest symbolem śmierci. To miejsce, w którym umiera to, co fałszywe, żeby mogło żyć to, co prawdziwe. Więc jeśli dzisiaj czujesz w sobie rozdarcie, to dobrze. To znaczy, że żyjesz. To znaczy, że Duch wciąż w tobie działa. A jeśli nie wiesz, od czego zacząć, zacznij od tego jednego pytania: Które ziarno zasilisz dziś? *** „A ci, którzy należą do Chrystusa, ukrzyżowali swoje ciało wraz z namiętnościami i pożądliwościami.” ‭‭Galacjan‬ ‭5‬:‭24‬ ‭UBG‬‬