Nie wiem, gdzie dokładnie jesteś, kiedy to czytasz. Może w autobusie. Może siedzisz na ławce przed blokiem i słuchasz szumu liści, które przysięgły sobie, że jeszcze tej nocy spadną. A może po prostu leżysz, i próbujesz zebrać siły, których nie masz, by wstać. Nie szkodzi. Są takie dni, i niech będzie, że tygodnie, kiedy człowiek czuje się jak Izrael na pustyni. Zmęczony, opuchnięty od słońca i własnych oczekiwań, idący, choć nie wie już po co. Nie ma już cebuli z Egiptu, nie ma jeszcze mleka i miodu. Tylko piasek między zębami i ludzie, którzy pytają, czemu jeszcze nie ogarniasz życia. I wtedy pojawia się Bóg. Nie z grzmotem. Nie z planem. Nie z fakturą za błędy. Pojawia się jak cień w samo południe. Jak chłód, który nie kłuje. Jak Psalm 23, który mówi, że „odświeża duszę moją”. Czasem człowiek nie potrzebuje cudów. Potrzebuje odpocząć. Wyrzucić z siebie wszystko - zmęczenie, lęk, myśli nocne i plany, które znów się nie udały. Potrzebuje usiąść z Bogiem jak z kimś, kto nie ocenia, tylko słucha. I powiedzieć: - Boże, ja już naprawdę nie wiem, jak dalej. I wiesz co? - To wystarczy. Bo nie odnowi cię twoja silna wola, ani perfekcyjny plan dnia. Nie odnowi cię dziennik rozwoju osobistego. Ani ktoś, kto ci mówi, że „wszystko się ułoży”. Odnowi cię Ten, który cię stworzył. Ten, który zna cię od środka. Ten, który jak u Izajasza (Iz 58,11) „zaspokoi twoją duszę w miejscach suchych i sprawi, że twoje kości odzyskają siłę”. Znasz „Braci Karamazow”? Jest tam taka scena, w której stary ojciec Zosima mówi, że człowiek potrzebuje przede wszystkim poczuć, że jest kochany. Niech ten głos wybrzmi dziś w tobie: jesteś kochany. Nawet jeśli nic nie robisz. Nawet jeśli nie wierzysz. Nawet jeśli się boisz. Nie jesteś sam na tej pustyni. A jeśli już nie masz siły iść - usiądź. Oddychaj. Pomódl się prostym szeptem: „Boże, jestem tu. Proszę, odnów mnie.” On przyjdzie. Nie zawsze tak, jak sobie to wyobrażasz. Ale zawsze tak, jak naprawdę potrzebujesz. I w końcu wstaniesz. Nie sam. Z Nim.