Nie wiem, czy istnieje drugi taki święty, który aż tak bardzo mógłby zrozumieć twoje późne SMS-y do ex. Augustyn z Hippony. Tak, ten sam, który później zostanie doktorem Kościoła, teologicznym Pitagorasem i rozkołysanym w żarze miłości mistykiem. Był na początku po prostu facetem, który nie ogarniał życia. Miał błysk w oku i seksualne ADHD. W wieku 17 lat miał syna. Nie z żoną. Nie z narzeczoną. Z dziewczyną, którą nazwał „kobietą mojego łoża”. Nie było tam miłości, były natomiast noce. Długie. Bardzo długie i namiętne, a później napisze: „Panie, daj mi czystość… ale jeszcze nie teraz” - to nie będzie żart. To będzie szczera, przedziwnie rozbrajająca prośba człowieka, który nie chce przestać błądzić, bo błądzenie sprawia mu przyjemność. Jego matka, święta Monika, wypłakała za niego tyle łez, że dziś niektóre zakonnice twierdzą, że ocean to w gruncie rzeczy jej dzieło. Ona - gorliwa, on - w pogoni za ideami, kobietami, retoryką i… jeszcze raz kobietami. Przyłączył się do manichejczyków, czyli ludzi, którzy wierzyli, że świat jest polem walki światła i ciemności, i że można wyjaśnić wszystko, jeśli się tylko uprze i przymknie oko na logikę. Augustyn był tam kimś w rodzaju spinacza intelektów, z sercem podwiązanym do rozporka. Ale potem coś się wydarzyło. Nie nagle. To nie była błyskawica z nieba jak u Pawła. To było raczej coś jak wielkie, bolesne drapanie się po duszy, które zaczyna się nieśmiało, ale kończy zerwaniem wszystkich masek. Zbyt długo był nazbyt intelektualny i głęboko zagubiony, aż w końcu przestało mu się to mieścić w jednej głowie. Przyjął chrzest mając 32 lata. Nie w tajemnicy, nie na uboczu, ale jakby chciał wszystkim pokazać: „Tak, błądziłem. I właśnie dlatego wiem, co robię.” A potem: cisza. Tzn. nie taka światowa cisza, bo Augustyn pisał jak w transie. Ale cisza w sercu. Jakby w końcu znalazł drogę, która nie kończy się łóżkiem ani pustką. Został biskupem Hippony. Miasta, które dziś trudno znaleźć na mapie, ale które w nim znalazło wieczność. I jeszcze coś: on naprawdę cierpiał z powodu swojego „wcześniejszego ja”. Nie wstydził się tego. Nie udawał, że był zawsze święty. Wprost przeciwnie, w jego „Wyznaniach” widać, że dopiero to wcześniejsze bagno stało się nawozem dla jego późniejszej świętości. *** Powiedzmy to wprost: - Augustyn to taki święty, który zrobił swoją własną teologiczną operę mydlaną, a Kościół gra ją na okrągło od ponad 1500 lat. Po pierwsze: grzech pierworodny. Nie, nie wymyślił go. Ale to on dał mu napęd nuklearny. W jego ujęciu grzech pierworodny to nie tylko wspomnienie o jakimś ogrodzie i jabłku, to dziedziczna choroba duszy, którą niesiemy jak przeterminowaną walizkę DNA. Każde dziecko, każdy noworodek, każda „niewinna” istota w jego oczach - jest już duchowo przekrzywiona. Nie ma ucieczki. Chcesz uciec? Za późno. Zostałeś poczęty? No to już. Masz grzech. To było jak podarowanie Kościołowi zestawu do programowania winy. Taki katolicki soft start, który uruchamiał się zaraz po urodzeniu. A potem chrzcielnica, jako duchowy defibrylator. Po drugie: seks. Augustyn miał z nim taką relację, jak człowiek z pizzą: kochał, ale nienawidził, że kocha. Po nawróceniu jego stosunek do cielesności stał się… no cóż, lekko spazmatyczny. Seks? Tak, ale tylko dla prokreacji. Przyjemność? Uważaj, może być grzechem. Masturbacja? Potencjalna katastrofa egzystencjalna. Czy to dziwne, że potem przez stulecia katolicyzm miał z ciałem relację jak niepewny narzeczony z przesadnie namolnym proboszczem? Po trzecie, i to chyba najostrzejszy punkt, predestynacja. Czyli: Bóg już wie, kto pójdzie do nieba, a kto do piekła. I nie możesz nic z tym zrobić. Zbawienie nie zależy od twojej woli, tylko od łaski. I to nie zawsze tej, którą rozumiesz tak, jak wykłada to Kościół. To jakby grać w szachy z Bogiem, który zna każdy twój ruch, ale nie zawsze ci mówi, czy grasz w ogóle w szachy, czy już dawno przesiadłeś się na warcaby. Ten teologiczny hardkor zafascynował potem Kalwina i wielu innych, którzy postanowili iść jeszcze dalej. Ale ziarno.. było od Augustyna. *** Tak, był też mistykiem, poetą duszy, autorem zdania, które mogłoby być tatuażem każdego duchowego neurotyka: „Niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie.” Piękne. Genialne. Ale czyta się to inaczej, gdy wiesz, że to właśnie on był jednym z architektów duchowego niepokoju Zachodu. *** Nie wiem, kto pierwszy uznał, że Augustyn to dobry święty. Może ktoś, kto miał matkę, która się za niego modliła, gdy leżał na dnie. A może ktoś, kto całe życie walczył ze sobą, a potem zbudował z tej walki most dla innych. Dla mnie to nie jest święty od marmuru i kadzidła. To raczej taki kumpel, który przeszedł przez piekło wewnętrznego chaosu i w jakiś sposób wyszedł z niego z zeszytem pełnym notatek. Nie ze złota. Z potu. I atramentu. I łez. Jest jak stary nauczyciel, który miał romans z życiem, zrezygnował z niego, a potem uczył cię, że czystość to nie rezygnacja z przyjemności, tylko decyzja, by nie zgubić duszy wśród zmysłów. Ale nie mówił tego z katedry. Mówił to szeptem, z drżeniem, jak człowiek, który zna smak klęski. To święty, który nie udaje, że zawsze był święty. A przez to… jakoś mi bliższy. Bo ile razy można słuchać o tych wszystkich nieskazitelnych herosach łaski, którzy nigdy nie zgrzeszyli, nie pomyśleli, nie zatęsknili za czymś, co nie mieści się w katechizmie? Augustyn zgrzeszył za wielu. I być może właśnie dlatego świętość przestała być po nim dekoracją, a stała się terapią. *** Nie wiem, czy w niebie ma swoją celę wyłożoną książkami, czy może urządził tam wieczne seminarium z Tomaszem i Franciszkiem. Ale wiem jedno: - jeśli miałbym z kimś spędzić noc na rozmowie o tym, jak być świętym bez udawania, to byłby właśnie on. Mój (nie)święty święty patron. Z brudnymi rękami. Z czystym sercem. I z pytaniami, które nie boją się Boga i ludzi.