Nie wiedziałem, że to pycha. Myślałem, że to poczucie własnej wartości. Myślałem, że Bóg się cieszy, gdy człowiek wierzy w siebie. Ale nie zauważyłem, kiedy z „wierzę w siebie” zrobiło się „nie potrzebuję nikogo”. A potem: „nie słucham nikogo”. A potem: „jestem jedynym, który ma rację”. Diabeł nie przyszedł z rogami. Przyszedł z gratulacjami. Pogłaskał mnie po głowie, wyszeptał: - jesteś ponad to wszystko. I ja mu uwierzyłem. Zamiast modlić się - przemawiałem. Zamiast przebaczać - analizowałem. Zamiast kochać - oceniałem, czy ktoś zasługuje. Pycha nie unosi. Pycha zakleja ci serce złotą taśmą z napisem: „nie ruszać, cenny eksponat”. I nagle wszystko w tobie jest wystawą. Miłość - wystawą. Wrażliwość - ekspozycją. Wiara - artefaktem po pokorze. I wtedy Bóg milknie. Nie dlatego, że Go nie ma. Tylko dlatego, że pycha zagłusza nawet ciszę. Byłem sam. Sam ze swoim intelektem, błyskotliwością, pieczołowicie ułożonym systemem przekonań. Byłem fortecą. A forteca to przecież tylko samotność, która dorobiła się murów. Dopiero gdy upadłem, naprawdę upadłem - nie spektakularnie, ale zwyczajnie, w środku nocy, na kuchenną podłogę, z uczuciem „nie jestem nikim więcej niż grzesznikiem” - usłyszałem Go znowu. Nie powiedział: „a nie mówiłem?” Nie powiedział: „widzisz, co narobiłeś?” Powiedział: - Jestem tu. Czekałem, aż zrobisz mi miejsce. Więc teraz wiem: Pycha to nie pewność. Pycha to brak miejsca dla Boga. I jeśli miałbyś zapamiętać cokolwiek z tej spowiedzi człowieka, który chciał być doskonały - zapamiętaj to: - Bóg nie mieszka w perfekcyjnych ludziach. Bóg mieszka w złamanych, którzy pozwolili się posklejać.