Nie trzeba być księdzem, żeby wiedzieć, że samotność to nie tylko zagubienie w tłumie. To brak konkretnej czyjejś obecności. Żywej. Czułej. Upartej. Takiej, która nie odwraca się plecami, gdy jesteś trudny do zniesienia. Samotność to nie pusta przestrzeń - to przestrzeń, w której nikt nie chce już być z tobą naprawdę. Serce, wbrew temu, co mówi medycyna, nie bije dla krwi. Bije, bo ktoś jest. Albo był. Albo ma nadzieję, że będzie. Karmi się obecnością, jak dzieci karmią się spojrzeniem matki. Uwierają nas lajki, powiadomienia, kontrakty, przysięgi, ale tęsknimy do czegoś bezinteresownego - obecności, która mówi: nie uciekam, nawet gdy się boisz. W Biblii Bóg przedstawia się często nie jako siła, ale jako Jestem. Nie „Rządzę”, nie „Oceniaj mnie po moich cudach”. Po prostu: - Jestem, który jestem. Największa obietnica, jaką dał ludziom, to nie spektakl - to obecność. „Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni” (Mt 28,20). W momentach największego lęku, Bóg nie krzyczy przez megafon z chmur - przychodzi cicho. W objęciach człowieka. W oddechu kogoś bliskiego. W spojrzeniu, które nie ocenia. Psychologia mówi jasno: dzieci, które nie otrzymały uważnej obecności w dzieciństwie, uczą się kochać w sposób głodny. Zaborczy. Albo odwrotnie - unikający. Bo nie nauczyły się, że można po prostu być. Że nie trzeba niczego robić, by zasłużyć na czyjąś dłoń. Z kolei socjologia notuje, że współczesny człowiek jest otoczony ludźmi jak nigdy wcześniej - i nigdy nie był równie samotny. Setki kontaktów i „Znajomych” i nikt, kto spojrzy w oczy i powie: - zostaję. Największe dramaty rodzą się nie wtedy, gdy ktoś odchodzi, tylko wtedy, gdy nigdy tak naprawdę nie był. Gdy siedział naprzeciw, ale myślami był w innym świecie. Obecność to nie tylko fizyczność. To akt odwagi. Zgoda na cudzą kruchość. Gotowość, by trwać, nawet gdy nie wiadomo, co powiedzieć. Zresztą, milczenie w obecności kogoś, kogo się kocha - to jedna z najgłębszych form modlitwy. W świecie, który oferuje szybki dostęp do wszystkiego - serce domaga się czegoś powolnego, wiernego, niedającego się przesunąć jednym kliknięciem. Czegoś, co zostaje, nawet kiedy zgasną światła. - Obecności. Nie spektakularnej. Nie medialnej. Ale takiej, która zostawia kubek na stole, poprawia ci kołdrę, dopina suwak w plecaku i nie ucieka, gdy znowu robisz coś głupiego. Może miłość to po prostu zgoda na obecność drugiego w swoim świecie. Na dobre i złe. Może to właśnie miał na myśli św. Paweł, pisząc, że „miłość wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1 Kor 13,7). A może to my mamy w końcu przyznać, że nie chcemy miłości idealnej - tylko tej, która zostaje? Nie wiem, co zrobisz z tym tekstem. Możesz go zamknąć, wyśmiać, zapomnieć. Ale jeśli dziś komuś odpowiesz: - Jestem, - to nie będzie mało. Bo dla czyjegoś serca - to może być wszystkim.
Nie trzeba być księdzem
Nie trzeba być księdzem, żeby wiedzieć, że samotność to nie tylko zagubienie w tłumie. To brak konkretnej czyjejś obecności. Żywej. Czułej. Upartej. Takiej, która nie odwraca się plecami, gdy jesteś trudny do…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.