Nie szukaj ich w piekle. Nie siedzą tam. Mają open space. Z klimatyzacją, ekspresami do kawy i plakatami z hasłami motywacyjnymi: Uwierz w siebie, Myśl pozytywnie, Zrób więcej, szybciej, taniej. Nie potrzebują już siarki ani rogów. Są w naszych smartfonach, w spotkaniach online, w dźwięku powiadomień, które przerywają ciszę jak modlitwę w połowie zdania. To nie są demony z krwi i ognia. To demon multitaskingu, duch porównywania, książę scrollowania bez celu. Jezus, gdyby dziś chodził po świecie, pewnie nie wypędzałby legionów z ciał, tylko z algorytmów. Powiedziałby: - Wyjdź z niego, demonie permanentnego niedosytu. - Opuść ją, duch self-brandingu. - Idź precz, Asmodeuszu filtrów i lajków. A tłumy odpowiedziałyby: - Amen, ale zrób to jutro, dziś mam termin. - Dziś muszę się odstresować. - Dziś chcę wygooglować nową miłość, bo stara się nie sprawdza. Kiedyś zło miało twarz. Teraz ma interfejs. W dawnych apokryfach każdy demon miał imię i słabość. Współczesne mają logo i abonament. Mówisz: Netflix, Amazon, Tinder, TikTok, i każdy z nich szepcze ci coś z innego kąta duszy. Nie żądają krwi. Wystarczy im twoja uwaga. Bo uwaga to nowa ofiara całopalna. *** Nie sposób nie zauważyć ironii: człowiek przez tysiąclecia bał się demonów, które „wchodzą w ciało”, a potem sam stworzył technologię, która robi dokładnie to samo; wchodzi w ciebie, z twoim pozwoleniem. Ale nie o potępienie tu chodzi. Technologia to nie zło. To tylko nowy język dobra i zła, w którym można modlić się i bluźnić w tym samym zdaniu. Niektórzy aniołowie też mają konta na Instagramie. Nie lajkują, nie hejtują, po prostu są. Czasem pojawią się w komentarzu pod filmem o gotowaniu: - Zrób to wolniej. - Oddychaj. I znikną. Bo w tym świecie równowaga jest nową świętością. Nie chodzi o to, żeby odrzucić technologię, ale żeby pamiętać, że światło z ekranu nie może zastąpić światła wewnętrznego. To nie moralizowanie. To zwykła obserwacja kogoś, kto sam nie umie się oderwać od telefonu, a jednocześnie czuje, że przez ten ekran też może przenikać łaska. W końcu jeśli Bóg naprawdę jest wszędzie, to pewnie też ma dobre Wi-Fi. *** Demony XXI wieku mają doskonałe wyczucie rytmu. Nie krzyczą. Nie mówią: - Bądź zły. Mówią: - Nie jesteś jeszcze wystarczająco dobry. I wtedy zaczynasz kupować, publikować, trenować, porównywać, biegać, modlić się szybciej, bo może wreszcie ktoś zauważy, że nie jesteś jednym z przegranych aniołów. To taka cicha transakcja ze światem: daję ci moje dane, a ty mi dasz trochę sensu. Są też takie… subtelniejsze; - Demon obojętności na cierpienie sąsiada. - Demon znużenia dobrem. - Demon logicznego cynizmu, który tłumaczy, że nie warto wierzyć, bo to się „nie opłaca”. One nie wyglądają jak potwory. Siedzą przy tobie w tramwaju, pod postacią człowieka, który mówi: - Ja tam w nic nie wierzę, ale coś w tym musi być. To zdanie jest ich ulubioną modlitwą. W Biblii, apokryfach, ustnych przekazach, zło było widzialne, miało kształt, głos, zapach. Teraz zło pachnie nowością i wygląda jak rozsądny wybór. Nie potrzebuje cię zniszczyć. Chce, żebyś się rozproszył. Żebyś zapomniał, kim jesteś, dokąd idziesz, za kim tęsknisz. Demon nie kradnie duszy. On tylko oferuje plan abonamentowy. I może dlatego nie trzeba walczyć z technologią. Bo to, co w niej ciemne, jest często tylko brakiem światła; światła intencji, światła świadomości. Zło i dobro siedzą w tym samym kodzie. Różni je tylko to, jak bardzo pamiętasz, że jesteś człowiekiem. Bo w pewnym sensie każdy z nas jest teraz własnym egzorcystą i demonem w jednym. W ciągu jednego dnia potrafi nakarmić w sobie gniew, a wieczorem napisać na forum: - kochajmy się, póki możemy. To wszystko jest jednym organizmem. Nie ma już czystego dobra i czystego zła. Jest nieustanny negocjator, który próbuje utrzymać równowagę w duszy. I może właśnie o to chodziło od początku; nie o wojnę między światłem i ciemnością, ale o rozmowę między nimi. *** Człowiek wraca wieczorem z pracy, siada na kanapie, odkłada telefon. Na sekundę robi się cicho. Cisza wypełnia pokój. I wtedy ten człowiek słyszy w sobie coś, co brzmi jak echo: - Nie bój się. Jeszcze nie wygrały. Nie wiadomo, kto to powiedział. Może anioł. Może on sam odzyskany na chwilę spod warstw dźwięków, powiadomień i lęków. Bo może to wcale nie walka. Może to taniec anioła i demona w świetle ekranu, który odbija nasze twarze tak samo: bez ocen, bez morałów, tylko z cichym pytaniem: - czy dziś potrafiłeś być na prawdę obecny przy tych, którzy cię kochają?