„Nie mamy księży na zapas”- powiedział biskup Andrzej Siemieniewski do wiernych diecezji legnickiej, a zdanie to, choć podane tonem człowieka, który próbuje zachować spokój w chwili, gdy właśnie zaczyna mu się palić instalacja pod tynkiem, zabrzmiało jak jedno z tych kościelnych zdań, które pozornie dotyczą organizacji, a w rzeczywistości są spóźnionym nekrologiem pewnego modelu. W ciągu piętnastu lat diecezji ubyło ponad siedemdziesięciu księży, w ciągu kolejnych dziesięciu ubędzie następnych kilkudziesięciu, mszy będzie mniej, kapłani będą dojeżdżać dalej, szybciej się zużywać, a w niektórych miejscach Eucharystia niedzielna będzie odprawiana raz lub dwa razy w miesiącu. To nie jest już język duszpasterskiej kosmetyki tylko język instytucji, która po raz pierwszy od dawna przestaje udawać, że problem da się jeszcze przykryć kadzidłem, modlitwą o powołania i dobrze sformułowanym listem do wiernych.  I właśnie dlatego warto potraktować ten komunikat poważniej, niż sam jego autor zapewne zamierzał, ponieważ pod tą całą kościelną grzecznością, pod obowiązkowym „ufajmy Dobremu Pasterzowi” i starannie wyważonym apelem, by „nie lękać się zmian”, słychać coś znacznie bardziej interesującego niż zwykły alarm kadrowy. To sygnał dźwięk konstrukcji, która zaczyna trzeszczeć nie dlatego, że zabrakło dobrej woli, lecz dlatego, że zbyt długo udawano, iż jej fundament jest wieczny tylko dlatego, że stoi od dawna. Kościół, jak wiadomo, jest instytucją wybitnie konserwatywną (i w wielu sprawach to dobrze) nie tylko teologicznie, ale również logistycznie, co oznacza, że potrafi znosić herezje z większym spokojem niż reformę grafiku, i właśnie dlatego tak długo udawał, że kryzys powołań jest wyłącznie problemem duchowym, podczas gdy od lat był również problemem strukturalnym, psychologicznym i, mówiąc bez czułości, kadrowym. Łatwiej było mówić, że świat ogłuchł na głos Boga, niż przyznać, że coraz mniej ludzi chce żyć w modelu, który wymaga od człowieka jednoczesnego bycia ojcem dla wszystkich, mężem dla nikogo, psychologiem bez własnej terapii, administratorem bez wolnego weekendu i samotnikiem z obowiązku, któremu przez pół życia tłumaczy się, że brak bliskości jest nie tyle kosztem, ile przywilejem. To zresztą jest w tej sprawie najciekawsze: biskup mówi o skutkach, ale bardzo ostrożnie omija przyczynę. Mówi o braku księży, o przeciążeniu, o konieczności zmian, o większej odpowiedzialności świeckich, o mniejszej liczbie mszy, ale nie mówi, bo powiedzieć tego wprost wciąż nie wypada, że być może nie kończą się wyłącznie powołania, tylko społeczna cierpliwość do modelu kapłaństwa, który przez długi czas działał bardziej siłą przyzwyczajenia niż siłą sensu powiązanego z życiem. I tu, jak zawsze wtedy, gdy Kościół mówi o braku księży, do pokoju wchodzi celibat, ubrany w swoją zwyczajową mieszankę majestatu, ciszy i bardzo starannie pielęgnowanego uniku. Warto bowiem przypomnieć rzecz, którą Kościół lubi owijać w kadzidło i łacinę, a która w gruncie rzeczy jest prosta i historycznie znacznie mniej niebiańska, niż zwykło się sugerować: celibat nie spadł z nieba w komplecie z Ewangelią, nie został przyniesiony przez apostołów w sakiewce obok chleba i wina i nie jest dogmatem, lecz kościelną dyscypliną, czyli, mówiąc po ludzku, przepisem, który ktoś kiedyś wymyślił, potem ktoś inny uszczelnił, a z czasem wszyscy zaczęli udawać, że istniał od zawsze. Sam Piotr, na którym Chrystus zbudował swój Kościół, miał przecież teściową, co oznacza, że, abstrahując od wszystkiego, co później napisano z nabożnym rumieńcem, był po prostu żonaty. Przez pierwsze wieki chrześcijaństwa również żonaci księża nie należeli do egzotycznych wyjątków, a problemem nie było to, że duchowny miał żonę, lecz to, jak pogodzić urząd z wymogami rosnącej instytucji. Pierwsze próby dyscyplinowania tej sprawy pojawiły się już na początku IV wieku, gdy synod w Elwirze, około roku 306, próbował zakazać duchownym współżycia z własnymi żonami, co samo w sobie jest jednym z bardziej osobliwych dowodów na to, że Kościół bardzo wcześnie zainteresował się nie tylko duszą wiernego, ale i jego sypialnią. A potem? Było już tylko bardziej systematycznie. W XI wieku reforma gregoriańska, która oficjalnie miała oczyścić Kościół moralnie i uniezależnić go od świeckich wpływów, z właściwą sobie energią zabrała się również za księży z żonami, ponieważ z punktu widzenia Rzymu duchowny posiadający rodzinę był nie tylko problemem obyczajowym, ale także logistycznym i majątkowym: miał dzieci, a dzieci, jak wiadomo, mają fatalny zwyczaj dziedziczenia. Kościół, który bardzo nie lubił, gdy majątek kościelny zaczynał zachowywać się jak majątek rodzinny, dość szybko zrozumiał, że kapłan bez żony jest nie tylko bardziej duchowy, ale również znacznie mniej kłopotliwy dla księgowości. Grzegorz VII nie wymyślił więc celibatu, lecz zrobił to, co instytucje robią najlepiej: wziął dawny ideał, zaostrzył go, uszczelnił i zamienił w skuteczny mechanizm zarządzania personelem.  Formalne domknięcie tej operacji nastąpiło w XII wieku. Sobór Laterański I, w 1123 roku, potwierdził obowiązek bezżenności duchownych w Kościele łacińskim, a Sobór Laterański II, w roku 1139, poszedł dalej i uznał małżeństwa duchownych za nieważne, dokonując tego charakterystycznego dla wielkich instytucji gestu, w którym rzeczywistość nie tyle się opisuje, ile administracyjnie unieważnia. Odtąd celibat przestał być przede wszystkim ascetycznym ideałem, a stał się normą systemową, której broniono już nie tylko teologicznie, ale organizacyjnie. I to właśnie ten moment, znacznie bardziej niż pobożne legendy, stworzył zachodni model kapłaństwa, który dziś zaczyna się chwiać. Celibat jest więc jednym z tych tematów, które rzymski katolicyzm nauczył się opakowywać z wielką elegancją, tak aby nigdy nie trzeba było mówić o nich językiem zwyczajnego człowieka. Mówi się więc o znaku oddania, o oblubieńczej więzi z Kościołem, o wolności dla Królestwa, o duchowej dyspozycyjności, i wszystko to brzmi wystarczająco podniośle, by przez chwilę nie zauważyć, że za tym językiem stoi również bardzo prosta, bardzo przyziemna i bardzo skuteczna logika organizacyjna: człowiek bez żony, dzieci, zobowiązań i prywatnego świata jest tańszy w obsłudze, łatwiejszy do przesunięcia, bardziej mobilny, mniej kłopotliwy i, co z punktu widzenia instytucji szczególnie cenne, nie dzieli lojalności między ołtarz a stół w kuchni. To, rzecz jasna, nie brzmi mistycznie. Brzmi jak zarządzanie zasobami ludzkimi. I właśnie dlatego tak rzadko mówi się o tym uczciwie. Problem z celibatem nie polega bowiem na tym, że jest niemożliwy, a na tym, że przez dziesięciolecia opowiadano o nim tak, jakby był neutralny psychicznie, jakby człowiek mógł zrezygnować z jednego z najbardziej podstawowych wymiarów ludzkiej bliskości i nie zapłacić za to żadnej ceny poza kilkoma melancholijnymi wieczorami i zwiększonym nabożeństwem do brewiarza. Tymczasem płaci. Czasem ciszą, bywa, że alkoholizmem, albo pracoholizmem, który z ambony wygląda jak gorliwość. Czasem emocjonalnym skurczem, który myli się z dyscypliną. Albo tym szczególnym rodzajem samotności, który przez lata uchodzi za cnotę tylko dlatego, że został odpowiednio ustawiony. I oczywiście, dla części ludzi celibat rzeczywiście jest drogą. Bywa dojrzałym wyborem, świadomą ascezą i formą wolności. Problem zaczyna się nie wtedy, gdy ktoś go wybiera, ale może wtedy, gdy instytucja przestaje traktować go jak charyzmat, a zaczyna jak filtr rekrutacyjny. Wtedy bowiem przestaje być darem, a zaczyna być warunkiem zatrudnienia, i to jest moment, w którym teologia kończy się szybciej, niż chciałaby przyznać, a zaczyna administracja. Komunikat biskupa Siemieniewskiego jest więc znacznie ciekawszy, niż wygląda, ponieważ pod pozorem organizacyjnej korekty mówi nam coś znacznie większego: nie obserwujemy wyłącznie spadku liczby księży, ale… zużycie modelu Organizacji. A kiedy zużywa się model, nie wystarczy modlić się o więcej ludzi gotowych go dźwigać. Trzeba jeszcze zapytać, czy sam ciężar nie został źle zaprojektowany. I to jest pytanie, którego Kościół będzie mógł unikać jeszcze przez jakiś czas, zapewne z właściwą sobie godnością, lecz nie będzie mógł unikać go wiecznie: czy naprawdę broni istoty kapłaństwa, czy tylko jego najwygodniejszej dla siebie wersji?