- Nie jestem popiołem, choć spłonął mi dom. To zdanie brzmi jak początek opowieści człowieka, który zbyt długo siedział w kuchni życia, aż garnek z jego nadzieją wybuchł i zostawił ściany osmolone żałobą. I ktoś taki, być może ja, być może ty, stoi potem wśród zgliszczy jak bohater powieści, który wciąż sprawdza, czy jakaś część go nie popękała. Psycholog powiedziałby, że człowiek ma w sobie potężną zdolność do rekonstrukcji, często większą niż którejkolwiek budowli. Literatura dodałaby, zwłaszcza ta rosyjska, bo Rosjanie (ci z powieści) mają talent do cierpienia, że nadmiar tragedii może nawet poprawić styl człowieka, jego głębię, ton, sposób chodzenia. Ale prawda jest prostsza: popiół to stan rzeczy, nie człowieka. Za każdym razem, kiedy życie zabiera nam dach nad głową, dosłownie albo metaforycznie, próbujemy znaleźć w sobie coś, co przetrwało. Jak bohaterowie Márqueza, którzy chodzą wzdłuż ruin własnych historii i mówią: „To nic, to dopiero początek”. Dobrze jest udawać twardziela, ale jeszcze lepiej jest naprawdę odkryć, że pod warstwą spalenizny bije serce, które nie chce zamilknąć. Nie wiem, dlaczego wielu chrześcijan jest… smutnych. Jezus nie był tylko chodzącym cierpieniem. Choć świat uwielbia sprowadzać Go do kilku obrazów: korona z cierni, gwoździe, włócznia, ociekająca krwią narracja. A jednak, jeśli spojrzeć w Ewangelię psychologicznie, a nie tylko religijnie, widzimy człowieka, który najpierw żył. Jadł ryby. Kłócił się z uczniami. Śmiał się tak mocno, że ludzie mieli mu to za złe. Był kimś, czyja radość istnienia nie została unieważniona przez jego ostateczny ból. To jest lekcja z psychologii egzystencjalnej: - nie pozwalać jednemu doświadczeniu, choćby najcięższemu, definiować całego życia. Jezus nie jest cierpieniem tak jak ty nie jesteś swoją traumą. Cierpienie może być rozdziałem, ale nie okładką. A ty? Choć mąż, żona, partner, partnerka powtarzają ci w kółko, że jesteś nikim, nie jesteś nimi. To ważne doprecyzowanie. Psychologia relacji, zwłaszcza ta poruszająca się w okolicach przemocy emocjonalnej, uczy nas, że człowiek, który krzyczy „jesteś nikim”, tak naprawdę mówi: „Boję się, że kiedy odkryjesz swoją wartość, przestaniesz mnie potrzebować”. To paradoks toksycznych więzi: im bardziej niszczą, tym bardziej boją się porzucenia. Literatura też zna takich ludzi. Przypomnij sobie „Panią Bovary”, Emma była nieszczęśliwa w małżeństwie, ale to nie mąż ją niszczył, tylko jej własne iluzje. Albo „Noce i dnie”, gdzie Barbara i Bogumił żyli obok siebie tak długo, że każde słowo stawało się walką o przetrwanie własnego ego. Ale najważniejsze jest to: - Nikt, absolutnie nikt, nie ma prawa nazywać cię nikim. To nie opinia. To przemoc. Każde takie zdanie jest jak mały gwóźdź w twojej psychice, a twoją rolą jest w końcu powiedzieć: - Stop. Ja wybieram, kim jestem. *** W tej opowieści, twojej, mojej, naszej, wybór jest jak jedyne suche miejsce po pożarze. Można usiąść na ziemi i płakać nad tym, co zniknęło. Psychologia mówi, że to zdrowe. Ale prędzej czy później człowiek podnosi się, otrzepuje rękawy z popiołu i mówi coś, co brzmi jak czuła wersja buntu: - To jeszcze nie koniec. To dopiero środek. Bo każdy, kto przetrwał ogień, cierpienie albo czyjeś słowa, które miały złamać kręgosłup duszy, nosi w sobie coś, czego nie mają inni: świadomość, że można odbudować siebie od fundamentów. A jeśli o fundamentach mowa: - najtrwalsze są te, które postawiliśmy sami. I dlatego Jung miał rację: - Nie jesteśmy tym, co nam się przydarzyło. Jesteśmy tym, kim wybieramy się stać. A wybór zaczyna się wtedy, kiedy wstajesz z popiołu i mówisz do siebie, nie do ludzi, nie do przeszłości, ale do siebie: - Jeszcze nie skończyłem.
Nie jestem popiołem, choć spłonął mi dom.
- Nie jestem popiołem, choć spłonął mi dom. To zdanie brzmi jak początek opowieści człowieka, który zbyt długo siedział w kuchni życia, aż garnek z jego nadzieją wybuchł i zostawił ściany osmolone żałobą. I ktoś taki,…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.