Najwięcej szkód w relacjach wyrządzają ludzie, którzy wchodzą w cudzą obecność jak do pokoju przesłuchań, z gotowym formularzem win, mieczem, listą przewin i tonem człowieka przekonanego, że jeśli odpowiednio wcześnie przyciśnie drugiego do ściany, uda się uniknąć rozczarowania. To stary odruch, całkiem ludzki, podszyty pamięcią wszystkich chwil, w których serce zostało potraktowane jak rzecz tymczasowa, a zaufanie jak przedmiot codziennego użytku. Człowiek uczy się wtedy ostrożności tak dokładnie, że zaczyna mylić ją z mądrością. Tymczasem przyjmować drugiego bez strachu oznacza coś znacznie trudniejszego niż serdeczność, uprzejmy ton czy wyuczoną dojrzałość. Chodzi o zgodę, by drugi człowiek przyszedł do nas cały, wraz ze swoim ciężarem, historią, pęknięciami, dziwnymi odruchami, milczeniem, które czasem trwa zbyt długo, i językiem, którym przez lata ratował własną skórę. Kto naprawdę spotyka drugiego, ten wcześniej musi rozbroić własny odruch kontroli, bo bliskość zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się potrzeba zarządzania cudzym wnętrzem. Lęk lub przemoc w relacji rzadko przychodzi pod własnym imieniem. Zjawia się jako rozsądek, troska, ostrożność, intuicja, doświadczenie. Przebiera się elegancko i mówi głosem człowieka, który chce tylko „chronić siebie”, choć w praktyce buduje małe prywatne państwo graniczne, w którym każda emocja drugiej osoby przechodzi kontrolę celną. Każde słowo trzeba tam zgłosić, gest wyjaśnić, zawahanie opisać, a przecież nikt długo nie wytrzymuje w miejscu, gdzie zamiast spotkania odbywa się nieustanna odprawa. Przyjąć drugiego dojrzale to uznać, że człowiek obok pozostanie osobnym światem, którego nie da się posiąść, zabezpieczyć ani podporządkować własnym lękom. Można go poznawać, można się do niego zbliżać, można uczyć się jego ciszy, sposobu milczenia, rytmu zmęczenia, sposobu przeżywania bólu, lecz każda próba zawłaszczenia kończy się tym samym: jedno z dwojga zaczyna znikać. Czasem fizycznie, częściej psychicznie, co bywa znacznie boleśniejsze, bo ciało nadal siedzi przy stole, lecz obecność dawno opuściła pokój. Dlatego dojrzała bliskość wymaga odwagi znacznie rzadszej niż romantyczne uniesienie. Potrzeba człowieka, który potrafi zostać bez rozbrajania wszystkiego żartem, bez natychmiastowego wycofania, bez chłodnego dystansu udającego klasę. Potrzeba też czułości rozumianej poważnie, czyli jako zdolności widzenia drugiego bez natychmiastowego poprawiania go do własnych potrzeb. W gruncie rzeczy każdy pragnie właśnie tego rodzaju spotkania: - wejść do czyjegoś życia bez konieczności przebierania się za kogoś łatwiejszego do pokochania. I może na tym polega cała trudność, a zarazem jedyny sens bliskości, że drugi człowiek przestaje być projektem do naprawy, lustrem do potwierdzania własnej wartości albo narzędziem do uśmierzania samotności, a staje się po prostu osobą, którą można przyjąć z uwagą, spokojem i tą rzadką formą odwagi, dzięki której obecność przestaje być zagrożeniem, a zaczyna przypominać dom.