Na ziemi wszystko pachnie początkiem. Nowe buty, nowy związek, nowa praca. Człowiek potrafi rozpalać się byle czym. Iskierką obietnicy, że „teraz to już będzie dobrze”. Ale ziemia jest sprytna. Ma sposób, by przypominać ci, że to wszystko kończy się kurzem, rachunkiem za prąd albo ciszą w pustym mieszkaniu. I wtedy przychodzi taki głos, jak ten od świętego Charbela: nie zaczynaj niczego, co nie kończy się w Niebie. Brzmi to patetycznie, jak zdanie wyjęte z kazania, które w normalnych warunkach byśmy przewinęli jak reklamę proszku do prania. Ale kiedy spojrzysz głębiej, jest tam coś radykalnie praktycznego. Bo pytanie nie brzmi: „czy to ładne, czy modne, czy przyjemne?”, tylko: „czy ta rzecz, którą właśnie zaczynam, prowadzi mnie bliżej czy dalej?”. Ludzie lubią odkładać to pytanie. Łatwiej zapytać: czy ten dom jest wystarczająco duży? Albo czy ten człowiek wystarczająco mnie rozumie? Niż: czy na końcu tej drogi znajdę siebie w rękach Boga? A jednak w ciszy, kiedy nikt nie patrzy, odpowiedź zawsze mruga gdzieś z boku. To dziwne uczucie. Jakbyś biegł przez supermarket pełen błyskotek, ale kątem oka widział, że w rogu stoi ktoś, kto tylko pyta: „I co zrobisz z tym wszystkim, kiedy cię już zabraknie?”. Jesteśmy jak dzieci budujące zamek z piasku w zbyt krótkiej przerwie między falami. Wiemy, że przyjdzie fala, a jednak rzucamy się z entuzjazmem: wieżyczki, brama, fosy, chorągiewki z patyczków po lodach. A Bóg? On nie zabiera nam patyczków. Tylko pyta: czy w tym, co robisz, jest choć ziarnko, które wytrzyma falę? Bo może chodzi właśnie o to: nie żeby nie zaczynać niczego, ale żeby zaczynać inaczej. Żeby w każdej małej rzeczy - herbacie z przyjacielem, dotknięciu dłoni, uśmiechu do dziecka - było jakieś „więcej”. To więcej nie pachnie kadzidłem ani nie brzmi jak chór aniołów. Pachnie jak kawa o szóstej rano i brzmi jak „przepraszam” wyszeptane niepewnie. To są te zwykłe, ziemskie cegiełki, które, jeśli dobrze ustawione, układają się w coś, co naprawdę kończy się w Niebie. I tu pojawia się pułapka. Człowiek może pomyśleć: „Dobra, to ja teraz będę wybierał tylko święte rzeczy”. Ale życie tak nie działa. Ono daje ci też bałagan, zmęczenie, głupie pokusy, złośliwych ludzi. Tu nie chodzi o selekcję, jakbyś wybierał produkty z półki. Chodzi o sposób, w jaki niesiesz nawet ten bałagan. Czy niesiesz go tak, że na końcu drogi możesz jeszcze spojrzeć w górę i… nie wstydzić się, że całe życie przepaliłeś w drobnych, pustych początkach. I może w tym tkwi prawda, która jest jednocześnie brutalna i czuła: - Nie chodzi o to, żeby zaczynać mniej. Chodzi o to, żeby zaczynać z głębi. *** Jeśli wierzysz, że życie nie kończy się w chwili, gdy zamykasz oczy, to wiesz, że każdy początek jest tylko mostem. Niektóre mosty prowadzą donikąd zawieszone w pustce. Kończą się nagle, zostawiają cię w środku rzeki. Ale są też takie, które choć wąskie, kruche i prowizoryczne - wiodą w stronę światła. Ewangelia mówi, że „gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje”. Słowa proste, a przecież rozrywające serce na pół. Bo to, co wybierasz dziś, w drobiazgach, decyduje, dokąd prowadzi cię droga. Jeśli twój skarb to tylko ziemia, to skończysz w ziemi. Jeśli choć trochę z tego, co masz, ulokujesz w Niebie, to tam odnajdziesz swoje serce, kiedy przyjdzie ostatnia fala. Niebo nie jest miejscem odległym. Niebo zaczyna się tutaj: w sposobie, w jaki przyjmujesz drugiego człowieka, w tym, że potrafisz wybaczyć, w tym, że nie boisz się kochać tak, jakby ta miłość miała trwać wiecznie. Bo ma. I może właśnie to miał na myśli święty Charbel: - Nie zaczynaj niczego, co nie pachnie wiecznością.
Na ziemi wszystko pachnie początkiem.
Na ziemi wszystko pachnie początkiem. Nowe buty, nowy związek, nowa praca. Człowiek potrafi rozpalać się byle czym. Iskierką obietnicy, że „teraz to już będzie dobrze”. Ale ziemia jest sprytna. Ma sposób, by przypominać…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.