Na początku może być dziwnie. Bo kiedy całe życie dbasz o innych, a nagle zaczynasz dbać o siebie (i nie chodzi tu o nowe ciuchy), czujesz się jak ktoś, kto przyszedł na obiad rodzinny i usiadł… na swoim talerzu. Przecież do tej pory byłeś tym, co leje wszystkim kompot, kroi pieczeń, uśmiecha się na zawołanie. A teraz nagle mówisz: „ja też chcę ciepłego”. „Ja też chcę, aby ktoś podał mi obiad”. I nagle robi się cicho. Bycie dla siebie i bycie dla innych to nie są dwa przeciwstawne bieguny. To raczej dwie nogi, na których można iść. Jak kulisz jedną, drugą prędzej czy później trafi szlag. Problem w tym, że wielu z nas chodzi przez całe życie na tej „dla innych”. Wszystkie „przepraszam, że zawracam głowę” i „nie musisz, ale…” są jak gips na drugiej nodze. Unieruchamiają. Pierwszy krok to… zrobić coś dla siebie i nie tłumaczyć się z tego.

- Kupić bułkę z czekoladą i nie mówić nikomu, że to „dla dziecka”.

- Wziąć wolne w pracy, nie mówiąc, że „to przez migrenę” (choćby nawet migrena była). Powiedzieć: „nie mogę dzisiaj” - i nie wymyślać historii o zepsutym kranie.

- Pojechać z koleżanką na weekend i nie przepraszać potem w domu przez trzy dni za nieobecność, bo mąż się krzywo patrzy. To jest etap, w którym uczysz się, że twoje „dla mnie” nie jest kradzieżą. Że można nalać sobie herbaty zanim podasz innym. *** Bycie dla siebie nie znaczy zamknięcia drzwi na klucz. To raczej dołożenie jednego krzesła do stołu - takiego, na którym siedzisz ty. A potem przychodzi etap drugi: zrozumienie, że kiedy umiesz dać sobie, to twoje „dawanie” innym przestaje być transakcją. Nie oczekujesz, że ktoś ci odda, zauważy, wynagrodzi. Robisz, bo chcesz. A nie, bo boisz się, że bez tego cię nie pokochają a teściowie powiedzą - a to egoista! I wtedy może stać się magia - twoje „być dla innych” jest prawdziwe, a „być dla siebie” przestaje być luksusem. Staje się odruchem, jak zapinanie pasów w aucie. Nie musisz tego planować. Po prostu wiesz, że to ratuje życie. *** Wiesz, kiedy najłatwiej zgubić siebie? Nie wtedy, kiedy ktoś krzyczy, krytykuje, wymaga albo szantażuje emocjonalnie. Tylko wtedy, kiedy wszyscy są zadowoleni, a ty nie masz siły zauważyć, że ciebie w tym obrazku nie ma. To jest jak z robieniem zdjęcia grupowego. Patrzysz później na odbitkę i… no właśnie. Wszyscy stoją, uśmiechnięci, a ty niby też tam jesteś, ale wiesz, że w momencie robienia zdjęcia byłeś gdzie indziej. W środku głowy. Myślałeś, czy zdążysz odebrać dzieci, czy kupić makaron, czy przeprosić kogoś, kto i tak już dawno przestał na to czekać. Bycie dla siebie, kiedy inni ciągną, wymaga jednego:

- umiejętności odmawiania bez tłumaczenia. To trudniejsze niż bieganie maratonów i karmienie kota tabletką naraz. Bo nikt nas tego nie uczy. Uczy się nas raczej „bądź miły” i „nie rób przykrości”. Więc dorastamy z poczuciem, że każda odmowa jest małym trzęsieniem ziemi. A tymczasem odmowa, jeśli jest spokojna, to jak przesunięcie krzesła, żeby nikt ci nie siedział na stopach. Nikt od tego nie umrze, a ty możesz oddychać. Druga rzecz, to mikro-granice. Nie te wielkie „wyprowadzam się, bo mam dość”, tylko te codzienne: • nie odbierasz telefonu po 21:00, • nie wysyłasz raportu w niedzielę, • nie dajesz się wciągnąć w „jeszcze jedno” zadanie, kiedy oczy już pieką. To są małe rzeczy, które mówią: „ja też tu jestem”. A im częściej to mówisz - tym mniej musisz krzyczeć. I wreszcie trzecia: pamięć o tym, co cię karmi. Nie w przenośni. Dosłownie i w przenośni. Jeśli karmisz innych, a siebie zostawiasz na końcu kolejki, to prędzej czy później będziesz rozdawać puste talerze. Bycie dla siebie to dbanie o zapasy: sen, jedzenie, ciszę, ludzi, przy których oddychasz swobodnie. Bo wtedy, nawet jeśli ktoś ciągnie cię w swoją stronę, masz w sobie tyle siły, że nie musisz wybierać między nimi a sobą. Możesz stać w tym samym miejscu, z obiema nogami - jedną „dla siebie”, drugą „dla innych” - i wreszcie iść prosto. *** Kiedyś myślałem, że bycie dla siebie to luksus, na który pozwalają sobie ludzie bez zobowiązań. Że to coś jak weekend w spa albo drogie buty: fajne, ale kompletnie niepraktyczne, kiedy trzeba płacić rachunki i gasić pożary cudzych kryzysów. Teraz wiem, że to jest bardziej jak powietrze w samolocie. Najpierw zakładasz maskę sobie, potem innym. I że to zdanie, które wydawało mi się kiedyś egoistyczne, jest w rzeczywistości najczystszą formą troski. Bo kiedy masz w sobie oddech, to możesz oddychać przy kimś. A kiedy umiesz być ze sobą, to możesz naprawdę być z kimś. Bycie dla siebie i dla innych nie jest równaniem, które trzeba dzielić po równo. To jest rozmowa. Zaczynasz od „co potrzebuję dziś?”, a kończysz na „co mogę ci dać?”. W tej kolejności. I wiesz, co jest najdziwniejsze?

- Że kiedy tak żyjesz, inni zaczynają cię widzieć i szanować. Nie tylko jako rolę, funkcję, wsparcie, ale jako człowieka. Takiego, który potrafi się uśmiechnąć do samego siebie, zanim uśmiechnie się do świata. Takiego, który przestał być służącym, a stał się świadomym domownikiem, synem, matką, mężem, menadżerem - rozdającym siebie z miłością. Bo dopiero wtedy można iść naprawdę razem, z innymi i ze sobą. A to jest jedyny marsz, w którym nikt nie zostaje w tyle. *** Jezus nie miał w zwyczaju nagradzać ludzi za to, że potrafią się całkowicie zetrzeć na rzecz innych, aż nie zostanie z nich nic. On widział, że taka ofiarność może być podszyta lękiem - lękiem, że jeśli na chwilę przestaniesz podawać, sprzątać, ratować, to ktoś cię odłoży na półkę. W scenie z Marią i Martą to nie chodziło tylko o kuchnię i gościnność. Chodziło o serce. O to, że Marta próbowała zasłużyć na obecność Jezusa w swoim domu, a Maria przyjęła tę obecność tak, jak się przyjmuje ciepło słońca - bez poczucia, że trzeba odpracować. I my często jesteśmy Martą. Wstajemy wcześniej, robimy listy, odbieramy telefony w biegu, nie zostawiamy na talerzu nawet okruszka czasu dla siebie. Wydaje się nam, że tak trzeba, bo wtedy jesteśmy „dobrymi” - dobrymi rodzicami, dobrymi dziećmi, dobrymi pracownikami, dobrymi wierzącymi. Ale Jezus przyszedł i powiedział: „Potrzeba tylko jednego.” To „jedno” to nie jest zaniedbanie obowiązków. To jest zatrzymanie się, by zobaczyć, że On - i życie - są teraz. Nie po tym, jak już wszystko odhaczysz. Jezus znał smak zmęczenia. Spał w łodzi, mimo że fale biły o burtę. Zatrzymywał się, by zjeść z przyjaciółmi, choć tłum czekał. Pozwalał się dotknąć kobiecie, która przyszła do Niego w środku dnia, z historią wstydu i porażki, bo wiedział, że nie tylko słowa, ale też sama obecność może uzdrowić. Myślę, że gdyby usiadł dziś naprzeciw ciebie, nie patrzyłby w to, ile zrobiłeś dla innych, tylko spytał:

- Czy siedzisz przy stole, kiedy sam rozkładasz uczty?

- Czy jesteś w swoim życiu gościem, czy gospodarzem? I być może dodałby: „Napełnij swój kubek. Dopiero potem rozlej innym. Nie po to, by było sprawiedliwie, ale po to, żebyś nie dawał innym tylko pustych naczyń.” Bo dla Niego bycie dla siebie nie jest konkurencją z przykazaniem miłości bliźniego. To jest jego pierwszy rozdział. A bez pierwszego rozdziału cała historia to tylko namiastka życia. Czyli? - Ciebie.