Na początku chciałem tylko spokoju. Nie terapii. Nie cudów. Nie glow-upu. Tylko zwykłego, szeleszczącego milczenia – jak papier śniadaniowy w plecaku. Lasu. Kamienia. Ciszy, która nie była przerywana powiadomieniem z apki „Biedronka”. To nie było oświecenie. To była ucieczka - jak każda dorosła decyzja. Od ludzi, od szeptów z LinkedIna, od frazesów o rozwoju. Od prób zasłużenia na miłość przez produktywność. Nie chciałem być skuteczny. Chciałem być nieskuteczny, powolny, zbłąkany. Taki jak dawniej. Albo jak nikt. W plecaku miałem konserwę turystyczną i notes - by spisywać myśli, zanim zrobi to za mnie algorytm. Szedłem. W głąb przyrody, a może w głąb czegoś jeszcze cichszego - własnego pogubienia. W trzeciej godzinie zgubiłem zasięg. W piątej natknąłem się na wiewiórkę z korpo-mentalnością. W siódmej byłem już z powrotem, z butelką kombuchy w dłoni, wrzucony z powrotem w świat lajków i memów o medytacji. To, co miało być drogą do uwolnienia, stało się lustrem. I w tym lustrze zobaczyłem coś więcej niż zmęczone oczy. Zobaczyłem człowieka, który wciąż czeka, aż ktoś go zawoła po imieniu. Nie przez powiadomienie. Nie przez Messenger. Ale tak, jak zakochany Chrystus zawołał Marię Magdalenę w ogrodzie po zmartwychwstaniu. „Mario” - jedno słowo, które ocalało ją z popiołu własnej historii. Ja też czekam na to jedno słowo. Każdego dnia. *** Mam pokój. Z widokiem na bankomat. Nie metaforycznie. Naprawdę. Światło z niego pada mi na twarz nocą jak neonowe „wróć do gry”. Moje mieszkanie to nie miejsce - to stan ducha z opóźnioną płatnością. Ściany z kartonu, kran cieknie jak wspomnienia, a łóżko pamięta ciała szczęśliwsze niż moje. Ale żyję. Piję kawę z ekspresu, który działa, gdy chce. Piszę. Oddycham. I patrzę, jak wszyscy wokół próbują być lepsi niż wczoraj, choć i tak nikt nie pamięta, kim byli przedwczoraj. Dorosłość to nie nagroda. To długa rozmowa z samym sobą o tym, czy jeszcze potrafisz milczeć w obecności kogoś, kto cię kocha bez warunków. A może: czy w ogóle potrafisz uwierzyć, że taka miłość istnieje. *** Są takie poranki, kiedy nie boli cię żadna konkretna część. Boli cię uczestnictwo. Zasłaniasz się kocem, scrollujesz z zamkniętymi oczami. Bo może tam, między postem o zdrowym śniadaniu a reklamą kredytu na balkon, znajdziesz wiadomość od Niego. Nie SMS, nie wezwanie do działania. Ale coś jak w Ewangelii według Marka, rozdział 6 - gdy uczniowie są zmęczeni, Jezus mówi do nich tylko: „Chodźcie wy sami na osobność i wypocznijcie nieco.” Nie: „poprawcie się”. Nie: „zmieńcie pakiet na lepszy”. Tylko: wypocznijcie nieco. To jedno zdanie mówi więcej o Bogu niż cały plan coachingowy. W świecie, który krzyczy: „bądź więcej”, On mówi: „możesz być mniej”. I to wystarczy. *** Więc siedzę. Z herbatą. Z ciałem, które boli, ale jeszcze oddycha. Z duszą, która nie zna już wzorów na sukces, ale jeszcze wie, jak się modlić. I piszę. Bo jeśli w tym kraju, w tej epoce, w tej głowie jest jeszcze miejsce na jedno słowo, to niech to będzie „Jestem”. Nie „najlepszy”. Nie „gotowy”. Po prostu: „Jestem”. I może to właśnie znaczy żyć. *** Przesłanie (dla tych, którzy myślą, że to już koniec) Nie musisz być dzisiaj doskonały. Nie musisz mieć celu, planu ani gotowości do zmiany świata. Wystarczy, że wstaniesz. Zrobisz herbatę. Wyjrzysz przez okno. I powiesz do siebie, z całym absurdem i błogosławioną ironią życia: „Jeszcze się ruszam.” A to znaczy: - jeszcze wszystko jest możliwe.
Na początku chciałem tylko spokoju
Na początku chciałem tylko spokoju. Nie terapii. Nie cudów. Nie glow-upu. Tylko zwykłego, szeleszczącego milczenia – jak papier śniadaniowy w plecaku. Lasu. Kamienia. Ciszy, która nie była przerywana powiadomieniem z…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.