Mówimy czasem: „Nie chciałem cię zranić.” Jakby to coś załatwiało. Jakby ten czarodziejski zwrot zdejmował z nas kajdany winy i nakładał miękki kocyk ofiary na ramiona adresata. A przecież prawda jest taka: nie chcieliśmy zranić, ale nie zatrzymaliśmy się. Nie zrobiliśmy pauzy. Nie odczytaliśmy ostrzeżenia w oczach drugiej osoby. Czasem nasze intencje są czyste jak butelka po wódce. Widzisz przez nie wszystko, co chciałeś powiedzieć, ale też cały bałagan, który zostawiłeś. Bo emocje to nie baloniki, to… granaty z opóźnionym zapłonem. Rzucasz słowo, które tobie wydaje się „normalne”, „szczere”, „w końcu miałem prawo”, a ktoś po drugiej stronie próbuje pozbierać się wśród odłamków. *** „Człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi” - powiedział Wyszyński. I tysiące współczesnych psychologów podniosło brwi jak znak zapytania. Bo jak to? Czy ja odpowiadam za to, że ktoś się we mnie zakochał, a potem płakał miesiącami w łazience, śpiewając piosenki Kaśki Sochackiej? Nie. Ale… może trochę? Może wiedziałem, że ją to budzi. Może widziałem jej oczy, które czekały. Może karmiłem jej głód maleńkimi kęsami nadziei, bo było miło. Bo lubiłem być chciany. Nie odpowiadam za cudzą miłość, ale odpowiadam za swoją grę w półcienie. Za te „może”, „kiedyś”, „zobaczymy”, rzucane jak wiśniowe pestki do ogrodu, w którym ona już sadziła wspólne życie. *** Psychologowie mają rację: nie jestem odpowiedzialny za to, co TY czujesz. Ale jestem odpowiedzialny za to, co JA robię, wiedząc, co TY czujesz. To jest właśnie ten diabelsko-anielski punkt styku. Między wolnością a wpływem. Między: „to twoje emocje, radź sobie” a „zobaczyłem w twoich oczach, że coś we mnie zamieszkało, i nie umiem udawać, że to nie moje”. Nie musisz się zakochiwać. Ale możesz nie uwodzić. Nie musisz kogoś leczyć. Ale możesz nie rozdrapywać jej ran. Nie jesteś Jezusem. Ale też nie bądź Poncjuszem Piłatem, który umywa ręce od wszystkiego, co w kimś obudził. *** A może to wszystko jest po prostu o tym, że jesteśmy jak dzieci bawiące się zapałkami. I dopiero gdy ktoś się poparzy, odkrywamy, że ogień naprawdę boli. Że cudze uczucia to nie nasza wina. Ale nasz ślad.
Mówimy czasem: „Nie chciałem cię zranić.” Jakby…
Mówimy czasem: „Nie chciałem cię zranić.” Jakby to coś załatwiało. Jakby ten czarodziejski zwrot zdejmował z nas kajdany winy i nakładał miękki kocyk ofiary na ramiona adresata. A przecież prawda jest taka: nie…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.