Mówią, że świat zwariował. Ale świat nie ma w sobie niczego, co mogłoby zwariować. To kula kręcąca się w kosmicznym bębnie pralki, która zna tylko jeden rytm: wschód, zachód, deszcz, wiatr. Żadnych histerii, żadnych selfie. To nie świat. To my. Wpadliśmy w gorączkę poprawiania ciała, korygowania twarzy, wyciskania życia z każdej komórki mięśniowej. Jakby od tego zależało zbawienie. Wierzymy w cudowną moc „kasy” i w magię dopracowanego uśmiechu na Instagramie. Każdy chce być perfekcyjny. Jakby istniała boska komisja, która wydaje certyfikaty: Jesteś KIMŚ. A każdy, kto nie ma pieniędzy, brzucha jak kaloryfer albo zębów wybielonych tak, że odbijają światło, - zostaje odprawiony z kwitkiem. I tak kroczymy przez życie jak trupa aktorów na niekończącej się próbie. Wciąż szukamy roli, wciąż poprawiamy scenariusz, a kiedy przychodzi moment wejścia na scenę, jesteśmy tak zmęczeni charakteryzacją, że zapominamy, po co tu przyszliśmy. Patrzę na ludzi w metrze: młodzi i starzy, wszyscy ze spuszczonymi głowami, jakby telefon w ręku miał udzielić odpowiedzi na pytanie: kim jestem? Ale odpowiedzi tam nie znajdą. Bo nie ma aplikacji do bycia sobą. Nie ma filtra, który odsłoni twarz zamiast ją zakrywać. A mimo to każdy ciągnie ten spektakl. Jakby bał się zejść ze sceny, bo przecież ktoś mógłby wtedy zobaczyć prawdziwą twarz. Ale może jest ratunek. Może pewnego dnia można stanąć przed lustrem i spojrzeć na swoje własne, niedoskonałe odbicie jak na dawno niewidzianego przyjaciela. Może można się uśmiechnąć do tej twarzy, krzywej, zmęczonej, z plamką na zębie i cieniem zmarszczki, i powiedzieć: „Dobra. Nie jestem KIMŚ. Ale jestem SOBĄ. I to już wystarczy.” Bo bycie sobą, choć najmniej efektowne, jest jedynym, czego naprawdę pragniemy. Tylko o tym zapomnieliśmy. Biblia mówi, że człowiek został stworzony „na obraz i podobieństwo”. Nie na filtr i podobieństwo. Nie na target reklamowy. Nie na sześciopak z sześciu mięśni, który żyje krócej niż miłość. Na obraz. Na podobieństwo. Może więc, jeśli ktoś czeka na nas po drugiej stronie: Bóg, cisza, albo ta twarz w lustrze, która nie przestaje patrzeć - to On nie chce nikogo innego, tylko nas. Nie „KOGOŚ”. Nas. Takich, jakimi jesteśmy. I wtedy to wszystko, całe wariactwo perfekcji, wycinanie siebie nożyczkami pod cudzy wzór, bieganie po sztuczne życie - okazuje się zbędne. Bo jedyne, co trzeba przynieść na ten egzamin ostateczny, to własne serce. Nawet połatane. Nawet brudne od kurzu codzienności. Ale własne. I kto wie, może właśnie to serce, najbardziej niedoskonałe, najbardziej nasze, okaże się tym, czego świat naprawdę potrzebuje, żeby nie oszaleć do końca. Jezus żyje!