Mały Rynek w Krakowie był jak ludzie, którzy spacerowali w pochmurny dzień - pęknięty, wybrukowany przeszłością i pokryty łagodną patyną zaprzeczania. Na ławce, tej przy Słodkim Wentzlu, który już dawno nie jest słodki (bo za drogi), siedzieli: ksiądz i rabin. Nie z powodu dialogu międzyreligijnego. Po prostu wszystkie inne ławki były zajęte przez emerytów, gołębie i ludzi, którzy nie lubili wszystkich oprócz siebie. - Patrzysz na tych ludzi i myślisz: no nie, oni naprawdę tak myślą - powiedział rabin, patrząc na transparent z napisem „Tylko normalna rodzina to prawdziwa rodzina”. - A co to znaczy „normalna”? - westchnął ksiądz. - Dziadek z babcią, co walczą ze sobą od 1974, ale mają wspólne konto? Obok przechodziła kobieta z dzieckiem. Kobieta wyglądała, jakby była na granicy krzyku i milczenia. Dziecko miało tęczową czapkę. Ktoś splunął. Nie wiadomo, czy z alergii, czy z przekonań. - Wiesz, co mnie boli? - zapytał rabin. - Krzyż? - Głupota łamana na pobożność. (Ale krzyż też). - Głupota boli nas obu, bracie. - Tak jak krzyż. Tuż obok chłopcy rzucali kamieniami w billboard z hasłem „Miłość nie wyklucza”. I z jakiegoś powodu wyglądali przy tym bardzo… kościelnie. - Czasem marzę, żeby Bóg naprawdę zszedł tu na ziemię - powiedział rabin. - Ale nie w świetle i chwale. - Tylko? - W postaci geja, uchodźcy i lewicowca z kotem. Ksiądz parsknął herbatą z termosu. - Ty, ale jakby miał kota, to nawet moja gospodyni by Go nie wpuściła. Chwila ciszy. Taka, co w niej człowiek słyszy własne sumienie i jeszcze zdąży zaprzeczyć, że je ma. - Zauważyłeś - odezwał się ksiądz - że najgłośniej o grzechu krzyczą ci, co są z nim najbardziej zaprzyjaźnieni? - Albo ci, co nie pamiętają, jak się wybacza. Obok przeszedł bezdomny mężczyzna z dziarami. Śmierdział lękiem i wódką. Dredy kołsały się na wietrze. Ludzie odwrócili wzrok. Albo siebie. Bo czasem łatwiej nie patrzeć niż chcieć zrozumieć. - Myślisz, że Bóg to widzi? - zapytał ksiądz. - Myślę, że nie tylko widzi. - Myślę, że czasem płacze. - A potem? - Potem robi herbatę i siada obok tych, których nikt nie chce. Zegar na rynku zadzwonił trzynasty raz. Bo życie rzadko mieści się w pełnych godzinach. A ksiądz i rabin wsiedli do aut. Ksiądz do Mercedesa, a rabin do BMW, chociaż… nie przepadali za Niemcami. I owszem, nie zgadzali się we wszystkim. Ale przynajmniej siadywali czasem obok siebie. I to wystarczyło, by Bóg, gdziekolwiek wtedy był, uśmiechnął się przez łzy.
Mały Rynek w Krakowie był jak ludzie,…
Mały Rynek w Krakowie był jak ludzie, którzy spacerowali w pochmurny dzień - pęknięty, wybrukowany przeszłością i pokryty łagodną patyną zaprzeczania. Na ławce, tej przy Słodkim Wentzlu, który już dawno nie jest słodki…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.