Mam wroga. Nie jednego. Może nawet dwóch. Może nawet się zakumplowali. I pytam siebie: czy to znaczy, że żyję źle, że zawiodłem jako chrześcijanin, skoro Ewangelia każe mi miłować, a ja wciąż w środku mam ten gorący kamień? Biblia nie udaje, że wrogów nie ma. Wręcz przeciwnie; od pierwszych stron aż po krzyż historia zbawienia to historia konfliktów, zdrad, lęków i nienawiści. Józef sprzedany przez braci, Dawid ścigany przez Saula, Eliasz stojący samotnie przeciw tłumowi proroków Baala. Jeremiasz, prorok wrzucony do cysterny przez własnych rodaków. Daniel rzucony lwom. Jezus zdradzony przez Judasza, osamotniony w chwili najciemniejszej nocy. To nie są opowieści o grzecznych ludziach w pastelowych domach. To są historie o tym, że wróg istnieje, i że często pojawia się wtedy, gdy naprawdę próbujesz spokojnie żyć. Wróg nie zawsze przychodzi z mieczem. Czasem siedzi przy twoim stole i kpi, jak Peninna z Anny. Czasem ma twarz przyjaciela, który cię sprzeda, bo trzydzieści srebrników jest bardziej konkretne niż twoja miłość. To nawet może być twój syn czy porzucona kochanka. A czasem ten wróg jest tylko w tobie - chodzi tu twój własny gniew, twój własny lęk, twoją urażoną dumę, która buduje wewnętrznego przeciwnika silniejszego niż każdy, kto stoi naprzeciwko. I tu… tkwi paradoks. Biblia nie mówi: „Nie miej wroga”. Ona pokazuje, że wróg będzie. Ale to, co zrobisz z jego obecnością, to dopiero określa, kim jesteś. Dawid mógł zabić Saula, a odciął mu tylko połę płaszcza. Jezus mógł zejść z krzyża i pokazać wszystkim, kto ma moc, a zamiast tego przebaczył. Nie dlatego, że wróg nie był realny. Ale dlatego, że wróg nie mógł być ostatnim słowem. *** Mam wroga. I to nie zawsze kogoś na zewnątrz. Czasem siedzi we mnie. Biblia mówi o tym po swojemu: „Najbardziej zdradliwe jest serce człowieka, któż je zgłębi?” (Jr 17,9). Psychologia dorzuca swoje: projekcja, mechanizmy obronne, ruminacja. A ja wiem to na własnej skórze. Mogę przechodzić pół dnia bez kontaktu z moim „prawdziwym” wrogiem, a i tak noszę go w głowie jak pasażera na gapę. To ja karmię go wyobraźnią. Ja puszczam w nieskończonej pętli tamte słowa, tamte sceny, tamte spojrzenia. On mówi, ale to ja mu podaję mikrofon. Jest taki moment w psalmach, gdy Dawid krzyczy: „Iluż to wrogów mnie otacza!” (Ps 3). Ale później dodaje: „Ty, Panie, jesteś moją tarczą”. Innymi słowy: wróg jest realny, ale to, czy mnie pożre, zależy od tego, komu oddam głos. Jeżeli oddam go gniewowi, wróg siedzi w środku i rządzi jak landlord, któremu oddałem czynsz w ratach wspomnień. Jeśli oddam go Bogu, to wróg staje się lustrem, które pokazuje, że jestem słabszy, niż bym chciał, i że potrzebuję ratunku. Literatura piękna też zna ten mechanizm. Kafka pisał o procesie, którego źródła nie da się uchwycić, bo oskarżenie żyje w środku. Dostojewski wkłada w usta Zosimy paradoks: „Nie ma gorszego wroga niż my sami, kiedy nie umiemy kochać”. Wróg to nie tylko twarz z zewnątrz. To cień, który kładzie się na twojej duszy, nawet gdy jesteś sam w pokoju. I tu tkwi przewrotność Ewangelii….

- Ona nie prosi mnie o to, żebym udawał, że nie czuję gniewu. Ona prosi, żebym nie zamieniał gniewu w fundament swojego życia. Mogę się gniewać. Wypierać. Mogę nazwać krzywdę. Ale nie mogę pozwolić, by wróg stał się głównym lokatorem mojego serca. Bo wtedy to ja sam staję się swoim największym wrogiem. *** Mam wroga. I kiedyś myślałem, że to barykada, przeszkoda. Że jeśli tylko zniknie, wreszcie będę wolny. Ale Ewangelia podsuwa przewrotne pytanie:

- a może właśnie dlatego, że mam wroga, uczę się czegoś, czego inaczej bym nie zrozumiał? Dawid bez Saula byłby tylko zdolnym grajkiem. To Saul uczynił z niego króla, bo goniony po jaskiniach i pustyniach musiał nauczyć się cierpliwości i zaufania. Jeremiasz bez cysterny byłby tylko poetą na usługach dworu. Cysterna sprawiła, że stał się głosem prawdy, który nie zgodził się na wygodną iluzję. Paweł bez „ciernia w ciele” i bez przeciwników, którzy podważali jego misję, może pozostałby sprawnym retorem. Ale to właśnie przez opór zrozumiał, że „moc w słabości się doskonali”. Wróg paradoksalnie formuje. Jak kamień szlifujący diament. Jak ból, który zmusza do poruszenia mięśni, o których zapomnieliśmy. Nie chodzi o to, by romantyzować zdradę, wyzysk czy krzywdę. Nie chodzi o to, by zło nazywać dobrem. Chodzi o to, że Bóg potrafi wyciągnąć z tego, co miało mnie złamać coś, co mnie zbuduje. I święci znali tę lekcję. Maksymilian Kolbe miał przed sobą nazistów i zamiast ich nienawidzić, ofiarował życie. Jerzy Popiełuszko miał przeciwko sobie sprawny aparat przemocy, który chciał go uciszyć a powiedział „Zło dobrem zwyciężaj”. No cóż. Dopadli go. Ale to, co po sobie zostawił, jest epickie i trwałe. Zobacz. Oni nie kochali wrogów w znaczeniu emocjonalnym; nie mieli ciepłych uczuć do oprawców. Ale nie pozwolili, by wróg odebrał im to, co najcenniejsze: zdolność do miłości. Bo wróg to nie zawsze tylko problem. Wróg to także wyzwanie i zadanie. Bez niego nigdy nie dowiedziałbym się, ile we mnie gniewu, ile potrzeby zemsty, ile niezaleczonych ran. Wróg wyciąga na światło dzienne to, co we mnie ukryte. A jeśli pozwolę Bogu wejść w ten moment, to wróg staje się mimowolnym nauczycielem. Nauczycielem, którego nie zapraszałem, ale którego lekcja zostaje ze mną na zawsze. A moim zadaniem jest przetworzyć tę lekcję na coś dla mnie dobrego. *** Panie, nie proszę, byś zabrał mi wszystkich wrogów. Proszę, byś zabrał ich miejsce w moim sercu. Uczyń ze mnie ucznia Dawida, który nie podnosi ręki, proroka Jeremiasza, który mówi prawdę mimo drwin, i Syna Człowieczego, który przebacza na krzyżu. Jeśli wróg ma być moim lustrem, spraw, by odbijał Twoje światło a nie moją ciemność. A kiedy gniew znów zagnieździ się we mnie, przypomnij mi proszę, że największe zwycięstwo to nie unicestwić wroga, ale nie dać mu zamieszkać w mojej duszy. Niech się stanie.