Leżał w rowie jak niepotrzebna rzecz. Człowiek, który przestał być czyimś zmartwieniem dokładnie w chwili, gdy stał się za dużym problemem. Pierwszy przechodził ksiądz. Zobaczył ciało, które cuchnęło porażką i alkoholem, albo tylko wyobrażeniem alkoholu, bo nasz mózg uwielbia skróty. Pomyślał: nietrzeźwy. A nietrzeźwy to nie bliźni tylko kategoria. Przypadek. Ostrzeżenie dla innych. Ksiądz znał przypowieści, aż za dobrze. Na pamięć, a rzeczy znane na pamięć słabo inspirują. Poszedł dalej, bo miał gdzie iść. A Bóg, jak wiadomo, jest wszędzie, więc nie trzeba Go szukać w rowie. Potem szedł cudzoziemiec. Człowiek bez mapy kulturowej i prawa do błędu. Pomyślał: to nie mój kraj. A obcy kraj to pole minowe. Tu można pomóc i zostać oskarżonym. Albo pomóc i zostać pobitym. Najgorsze to pomóc i zniknąć w papierach, których nikt nie wytłumaczy. Współczesna moralność zna granice administracyjne. Sumienie kończy się tam, gdzie zaczyna się stempel w paszporcie. On też poszedł dalej. Samotność uczy ostrożności. Trzeci nie miał teorii ani diagnozy. Nie zabezpieczał się mentalnie. Zatrzymał się, jakby coś w nim pękło. Może zobaczył nie faceta w rowie, ale siebie w innym czasie. Wsadził mu do kieszeni zwój banknotów, gest nieczysty, podejrzany i niemodny. Pieniądze są dziś tak pożądane jak obojętność. Potem zaniósł go na SOR, do miejsca, gdzie cierpienie ma numer a empatia dyżur nocny. Kim był ten człowiek? Nie bohaterem. Bohaterowie są podejrzani. Zbyt czyści, nazbyt użyteczni narracyjnie. Był kimś, kto jeszcze nie oddał swojego człowieczeństwa systemowi. Takim, kto nie zamienił wrażliwości na wygodny światopogląd. Kimś, kto nie potrzebował zgody kultury, Kościoła ani ambasady, żeby zrobić rzecz elementarną. Może był zmęczony albo po rozwodzie, albo właśnie stracił wiarę w sens większości rzeczy i dlatego ta jedna miała znaczenie. W epoce, w której uczymy się nie mieszać, nie angażować i uciekamy przed odpowiedzialnością, on popełnił błąd niewybaczalny: zobaczył człowieka a nie kontekst w viralu. Ten tekst jest listem gończym. Nie chodzi o „trzeciego” ale wiesz, że o nas. Za tym, co gubimy podczas krótkiej podróży. *** To się już wydarzyło wcześniej. „Lecz Samarytanin, gdy podróżował, podjechał do niego i zobaczywszy, wzruszył się głęboko.” (Łk 10,33) Nie pytał, kim jest. Zobaczył. „Podszedł i opatrzył jego rany.” (Łk 10,34) Na końcu nie ma komentarza. Jest polecenie: „Idź, i ty czyń podobnie.” (Łk 10,37)