Kuchnia jest światem w miniaturze. Stół jest ołtarzem. Krzesło - tronem i krzyżem zarazem. Cerata w kwiaty to obrus, na którym codzienność składa swoje ofiary: kromkę chleba, kroplę herbaty, łzę, której nikt nie zauważył. Kiedy ona siada przy stole, rozpoczyna się liturgia. Nie taka, którą zapisano w mszale, nie taka, którą prowadzą kapłani w złotych szatach. Liturgia ciszy. Liturgia obecności. Drzwi trzasnęły, syn wyszedł. Trzasnął tak, jakby chciał odgrodzić się od wszystkiego, co zostawia. Ale Bóg nie boi się trzasku drzwi. Bóg wie, że cisza po dzieciach jest głośniejsza niż wszystkie kazania. Kiedy ona zostaje - nie sama zostaje. Obok niej siada Bóg. Nie w aureoli, nie w obłoku światła. Tylko zwyczajnie, przy stole. Patrzy razem z nią na kubek herbaty, który wystygł. Patrzy na drzwi, które się nie otwierają. Patrzy na zegar, który tyka, jakby miał nieskończoność w zapasie. To jest Eucharystia codzienności. Nie wino, lecz herbata. Nie hostia, lecz kromka chleba. Nie „Baranek Boży”, lecz półszept: „może wróci”. A to „może” jest jak modlitwa, która nigdy się nie kończy. „Może wróci”, to znaczy: nadzieja jeszcze żyje. „Może wróci” - to znaczy: obecność jest ważniejsza od logiki. „Może wróci”, to znaczy: Bóg wciąż siedzi z nami, choć drzwi się nie otwierają. Kiedy patrzę na ten stół, rozumiem, że cały świat jest taką kuchnią. Ludzie wychodzą, trzaskają drzwiami, pędzą w swoje sprawy. A Bóg zostaje. Zawsze zostaje. Bo ktoś musi być. Na wszelki wypadek. I może właśnie dlatego świat się nie rozsypał. Bo w każdej kuchni ktoś trwa. Ktoś siedzi przy stole i nie odchodzi. Ktoś wierzy w „może”. I zawsze możesz tam przyjść. A w tych „może”, „możesz” ukryty jest sens naszego istnienia. *** „Z całego serca czcij swego ojca, a boleści rodzicielki nie zapominaj. Pamiętaj, że oni ci życie dali, cóż im oddasz za to, co oni tobie dali?” ~ Syr 7,27–28 (BT V)