- Kto chce zapalać innych, sam musi płonąć. Ludwik Hirszfeld powiedział to tak, jakby mimochodem odsunął firankę i pokazał nam prawdę, której wcale nie chcemy oglądać. Bo płonąć to przecież nie tylko świecić. To być otwartym. To grzać kogoś, gdy samemu jest się zmęczonym. To czasem pachnieć jak spalona część własnego serca. W psychologii mówi się o regulacji współbieżnej: że człowiek potrzebuje drugiego, żeby przetrwać emocjonalny mróz. Że światło rodzi się na styku dwóch istnień, nie w samotnej izolatce. Ale Biblia mówi to od dawna, tylko prościej, jakby chciała uniknąć naukowych ceregieli. „Nie zapala się światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku” to od Jezusa (Mt 5:15). To nie tylko o naszych schowanych bezużytecznie talentach, ale też: - jeśli masz w sobie choć odrobinę żaru, to nie po to, by go ukrywać, lecz by nim ogrzać kogoś, kto już przestał wierzyć, że od ciepła nie umiera się pierwszy. Problem w tym, że my chcemy zapalać innych… nie płonąc. Chcemy motywować ludzi, sami chowając się w strefie komfortu. Chcemy być przewodnikami, a jednocześnie boimy się ryzyka, że nasz własny płomień będzie niestabilny, nierówny, słaby. Chcemy być jak te śmiesznie narysowane postacie na obrazku: wyciągające rękę z lampionem, ale najlepiej tak, żeby się przy tym nie spocić, nie poparzyć, nie odsłonić. Biblia ma na to jedną odpowiedź, prostą i delikatną: „Miłość nie szuka swego.” (1 Kor 13:5) Co oznacza w praktyce: jeśli chcesz kogoś podnieść, musisz zejść do jego poziomu. Jeśli chcesz komuś dać światło, musisz najpierw zgodzić się na bycie lampą, nie lustrem. A psychologia dodałaby: To, czym płoniesz, zawsze się ujawni; Jeśli twoim ogniem jest pośpiech, będziesz męczyć ludzi gonitwą. Jeśli twoim ogniem jest strach, będziesz ich podpalać lękiem. Jeśli twoim ogniem jest gniew, zostaną po tobie tylko iskry i popiół. Ale jeśli twoim ogniem jest miłość, ta nieprędka, nieefektowna, lecz wytrwała, to poprowadzisz ich nawet po omacku. Może właśnie dlatego Jezus, kiedy mówi: „Wy jesteście światłem świata” (Mt 5:14), … mówi to do ludzi kompletnie niegotowych, neurotycznych, pomylonych, o zbyt miękkich sercach i zbyt twardych głowach. Bo światło nie zależy od doskonałości lampy. Zależy od tego, czy lampa jest dobrze podłączona do źródła. Płonąć, naprawdę płonąć, to nie żyć na niby. To nie inspirować ludzi dobrymi radami tylko własnym oddechem. Własnym drżeniem dłoni. Własnym powrotem do Boga po raz dwudziesty ósmy, w tym samym tygodniu. To zgodzić się na to, że ogień, którym zapalasz innych, czasem boli. Ale też: uzdrawia. Bo kiedy zapalasz drugiego człowieka, to nie dlatego, że jesteś mocny, lecz dlatego, że jesteś prawdziwy. Prawda zawsze świeci. Nie musi błyszczeć. I może właśnie o to chodzi w tym całym „płonięciu”: nie o heroizm, nie o poświęcenie, nie o widowiskowe światło. Tylko o to, byś stał się choć trochę cieplejszy niż świat, który próbuje cię zgasić. *** Reaktywacja: odwiedź i polub @[100081244013178:2048:Radio Safira] - to moje radio dla Ciebie.