Kościoły pozamykane. Nie w nocy. To by było zrozumiałe. W dzień. W biały dzień. Kiedy człowiek mógłby jeszcze przyjść z twarzą wypaloną przez rzeczywistość, z pytaniem, które nie mieści się w internecie, z winą, której nie da się wygooglować. Ale nie. Zamknięte. Krata. Czasem jedna ławka. Czasem żadna. Jezus zamknięty jak eksponat w terrarium. Nie dotykać. Nie zbliżać się. Obserwować z bezpiecznej odległości. Nie ma tu już miejsca dla człowieka. Jest tylko instytucja. I grafiki. Msza o 18:00. Adoracja w czwartki. Dla ubogich - kartka z telefonem do Caritasu. *** Kasyna otwarte. Całą dobę. Zawsze. Z uśmiechem. Z kawą. Z dźwiękiem monet i iluzją, że jeszcze coś można odzyskać. Monopolowe? Otwarte. Zawsze. Bo przecież można zapragnąć pić o czwartej nad ranem. I nikt nie zapyta o stan duszy. Tylko: „Kartą czy gotówką?” *** Parafie zapadają się same w siebie. Topnieją jak obłuda przy 40 stopniach w cieniu. Na zewnątrz monumentalne gmachy - wielkie, jakby miały pomieścić cały ból świata. Strzeliste wieże. Krzyże wbijające się w niebo jak wyrzuty sumienia. Ale w środku - pusto. Albo gorzej - zamknięte. Nie przez szatana. Przez normy bezpieczeństwa. Przez względy techniczne. Przez ochronę mienia parafialnego. Przez lenistwo urzędników kościelnych. Jezus? Nie, nie dzisiaj. Nie ten w sandałach. Nie ten o semickich rysach. Nie ten z tłustymi włosami i ciałem, które nie przystaje do folderu duszpasterstwa młodzieży. On nie przejdzie. Nie ma legitymacji. Nie ma „bazy danych wiernych”. Nie da się go przypisać do parafii. Za dużo się włóczy. Za bardzo patrzy w oczy. Za bardzo milczy, kiedy powinien mówić. Za bardzo mówi, kiedy chcemy tylko rytuału. *** Dziś Jezus nie wszedłby do żadnego kościoła. Nie wpuszczono by go. Nieogolony. Bez rejestracji w systemie. Nieprzewidywalny. Nieprzystający. Pewnie siadłby na krawężniku przed zamkniętą świątynią. Albo w monopolowym na skrzynce po piwie. Może powiedziałby coś do kasjerki. Może do pijaka. Może po prostu nic. I to byłoby najbliższe Eucharystii. *** Kościół jako twierdza. Zamknięty od środka. Nie przed światem. Przed życiem. Przed ludźmi, których miało się kochać aż do końca. Zamknięty Bóg. W złotej puszce. W sejfie. W liturgicznym rozkładzie jazdy. Na głucho. A kasyno - otwarte. *** Nie mówię, że trzeba zburzyć świątynie. Nie trzeba. One zburzą się same. Ich fundamentem przestał być głód Boga, a stał się głód wpływów. Rzędy garaży dla proboszczów. Rzędy pustych ławek dla nieobecnych. Rzędy datków na tłustą dietę dla opata. Rzędy martwych oczu. *** Gdyby Jezus przyszedł dziś, naprawdę przyszedł, to nie powiedziałby: „Zburzcie tę świątynię…” Bo nie musiałby. Ona już jest pusta i gotowa na rozwałkę. A my? Udajemy poprawnie, że wszystko okay. *** Pierwszy raz zobaczyłem to w tamtym roku. Było jasno, słońce świeciło z rozbrajającą bezczelnością, jakby świat jeszcze miał sens. Szukałem kościoła. Nie muzeum, nie biblioteki. Kościoła. Otwartego. Nie dla zwiedzania. Nie dla selfie. Dla uklęknięcia. Cokolwiek by to dziś znaczyło. To było na południu Polski, całkiem spore miasto, cztery kościoły w promieniu kilometra. Myślałem naiwnie, że któryś z nich będzie otwarty. Okazało się, że wszystkie były zamknięte. Na głucho. Solidne drzwi. Kraty. Niekiedy coś w rodzaju przedsionka, pięć metrów kwadratowych dla dusz „na wynos”. Na środku klęcznik, dla jednego. Dwa, jeśli jedno z nich jest bardzo chude. Nie było nikogo. Ani księdza. Ani kościelnego. Ani rady parafialnej. Tylko pająk w rogu. I ja. Człowiek z niedokończonymi modlitwami, z oczekiwaniem, które nie miało gdzie się zatrzymać. Miałem siedem grzechów ciężkich i jeszcze cięższy smutek. Ale dom Boga w tym mieście był tylko na godziny. *** Później znowu. Mazowieckie. Pół dnia w samochodzie. Czas między jednym obowiązkiem a drugim. Pomyślałem - wejdę. Pomilczę. Oddycham źle, a może w środku oddycha się lepiej. Nie oddycha się. Bo nie wchodzi się. W żadnym z kościołów. Zrezygnowałem. Nie z Boga. Z ludzi, którzy się Nim opiekują. *** W międzyczasie nauczyłem się, że istnieją lepsze miejsca do spotkania z Bogiem. Na przykład stacja benzynowa. Tam nikt nie zatrzaśnie ci drzwi przed nosem. Kasjerka nawet się uśmiechnie. Da kawę z promocji. I nie musisz być z parafii. Nie musisz znać pieśni. Nie musisz udowadniać, że jeszcze wierzysz. A przecież Jezus nie potrzebuje ołtarza. Potrzebuje człowieka. Ale człowiek nie wejdzie do Jego domu. Bo dom zamknięty. Dostęp tylko na mszę. Albo przez kratę. Czasem myślę, że Jezus też by się nie dostał. Nie miałby siły, żeby wypchać kute wrota. Nie byłby zapisany w kartotece parafialnej. Nikt by za Nim nie poręczył. Za dużo by pachniał potem, kurzem i ludzkim zniechęceniem. *** Wolę nie próbować więcej. Nie dlatego, że nie chcę. Ale dlatego, że człowiek nie powinien doświadczać takiej odmowy. Nie, jeśli szuka. Nie, jeśli błądzi. Nie, jeśli przyszedł z sercem, które się nie mieści w klatce pięciu metrów kwadratowych. *** Zamykamy Bogu drzwi. Zamykamy je dokładnie, z kluczem, czasem z alarmem. I mówimy, że to dla bezpieczeństwa. Dla porządku. Dla czystości. A potem się dziwimy, że nie wraca. Może Bóg już nie chce wracać. Nie do tych domów z marmuru, z kratą i harmonogramem. Może wybrał inne miejsce. Może wybrał kogoś. Kogoś, kto jeszcze wchodzi do stacji benzynowej i wita ekspedientkę słowami:

– Zostań dziś dłużej.

- Może Jezus w końcu tu przyjdzie. Puści oko i powie:

- Nie przejmuj się.

- Tutaj jestem.