Zdjęcia Kiedyś myślałem, że współczucie to coś miękkiego. Jak pluszowy miś, którym ciocia Zosia próbowała ratować moje dzieciństwo. Ale kiedy czytam o Jezusie, który „litował się nad tłumami”, widzę kogoś, kto nie stoi z boku z chusteczką i dobrą radą. Widzę kogoś, kto patrzy w twoje zmęczone oczy i mówi: „Ja wiem. I nie uciekam.” Bo On nie jest pasterzem z folderu. Nie reklamuje się sloganem: „Pokój, który ci się należy.” Nie mówi na odczep „Bóg zapłać”. On chodzi. Chodzi po miastach i wioskach, i nie przechodzi obojętnie obok bólu. A to znaczy, że wchodzi też w moje przedmieścia - te duchowe, te neurotyczne, te, w których chowam się przed sobą samym. I kiedy mówi o zmęczeniu, porzuceniu, wykluczeniu - to nie jako socjolog ani terapeuta z certyfikatem. Mówi to jak ktoś, kto zna to uczucie od środka. Kto sam został porzucony. I nie odwzajemnił ciosem. Bo tak działa Jego współczucie: nie, że mu ciebie żal. Żal mają sąsiedzi, co cię nie odwiedzają. On czuje z tobą. Jakbyś był w Nim. A właściwie - jakby On był w tobie. Jakbyś był wnętrzem Boga w chaosie. *** Czasem się gubię. Powierzam swoje życie złym przewodnikom. Czasem sam nim jestem - sobie. I wtedy nęka mnie głód: kto mnie poprowadzi? Kto zna drogę przez ciemność, która nie kończy się za rogiem? A On nie krzyczy z ambony. Nie wali kijem. Szepcze: „wróć do Mnie. Wystarczy.” I to nie jest tani aforyzm na lodówkę. To jest propozycja: - chodź, połam sobie życie ze Mną. Bo współczucie Boga ma konkretny adres. Twój. I Jego bliskość nie jest przypisem do Ewangelii. Jest odpowiedzią na pytanie, którego nie umiesz zadać, bo czasem boli za bardzo. *** I może tylko to chcę dziś wiedzieć: - Że jestem znany. Że jestem widziany. Że Jego współczucie nie zgorszyło się moim gniewem, pustką, ani tym, że znowu zachwiałem swoją wiarą. Bo On nie przyszedł po ludzi gotowych. Nie zawiesił sobie złotego łańcucha na szyi i nie chodzi z tacą po kościele. Przyszedł po owce. Porzucone. On nie bierze. On daje. Siebie. I wiesz co? - Wcale się nie wstydzi prowadzić tak krnąbrne stada!