Kiedy patrzę na biblijnych marzycieli, zawsze mam wrażenie, że to banda wiecznych wędrowców, którzy dostali w rękę mapę bez legendy i kompas, który działa tylko wtedy, gdy trzymasz go z szacunkiem. Wszyscy, od Józefa, co śnił w kolorach HD, po Abrahama, który spakował rodzinę, nie wiedząc dokąd właściwie idzie, mieli w sobie coś, co dziś nazwalibyśmy lekką nieodpowiedzialnością, a wtedy nazywano to wiarą. Weźmy takiego Józefa. Chłopak, który wierzył we własne sny bardziej niż inni wierzyli w rzeczywistość. Gdyby żył dziś, pewnie powiedziano by mu: - stary, nie mów braciom, że będą ci się kłaniać, bo źle to znoszą. Ale on nie miał tego filtra. Marzenie było większe niż takt. I co? Wdrapało się na sam szczyt historii. Marzenia tak mają. Przegrywają pierwsze rundy, ale wygrywają cały turniej. Albo Abraham, człowiek, który ruszył w nieznane, bo Bóg powiedział mniej więcej tyle: - idziesz, a ja ci powiem później gdzie. To jest dopiero poziom zaufania. Większość z nas chce mieć przynajmniej adres docelowy. On nie. Miał za to marzenie tak wielkie, że nie mieściło mu się w namiocie. Musiał je wynieść pod gołe niebo i policzyć gwiazdy. Oczywiście, nie policzył. Ale może właśnie na tym polega bycie marzycielem: robisz coś niemożliwego tylko po to, żeby nauczyć się, że niemożliwe nie jest takie straszne. A potem Daniel. Ten od lwów. Życie mu się trochę sypało, ale marzył o tym, że świat jednak jest sensowny, że Bóg pilnuje swoich i że nawet w jaskini można oddychać. I to jest piękne, bo większość marzycieli nie marzy o pałacach czy złocie. Marzą o tym, by przetrwać noc, by się nie poddać, by jutro jednak było. A może nawet trochę lepsze. I na końcu ci najwięksi: prorocy. Nazywam ich marzycielami z ADHD. Widzieli więcej, niż świat chciał zobaczyć. Mówili więcej, niż ludzie byli gotowi usłyszeć. Szli pod prąd, bo prąd wydawał im się niewłaściwy. I choć ludzie często mieli ich za ekscentryków, oni trzymali kurs. Bo marzenia, te prawdziwe, nie są prywatną fantazją, są jak wewnętrzny głos, który mówi: „idź”, a potem, gdy idziesz, dodaje: - oddychaj, wszystko będzie dobrze. Biblia uczy jednej ważnej rzeczy: marzyciele rzadko mają łatwo. Gubi ich szczerość, prostolinijność, nieumiejętność udawania. Ale prowadzi ich coś, czego dzisiejszy świat potrzebuje bardziej niż kiedykolwiek: - świadomość, że jedna osoba, idąc uparcie w stronę światła, potrafi zmienić los całego plemienia. I może o to chodzi. Żeby każdego dnia zrobić krok. Choćby najmniejszy. Choćby niepewny. W kierunku tego, co w nas najprawdziwsze. Bo marzenia, te od Boga, nie są po to, żeby nas zdobić jak pamiątka na półce. Są po to, żeby nas prowadzić. A my jesteśmy jak ci wszyscy dawni marzyciele: czasem zagubieni, czasem zmęczeni, ale zawsze w drodze. I jeśli tylko nie przestaniemy iść, to droga, jak obiecano, rzeczywiście może stać się wspaniałą. Jeśli tylko chcesz. Jeśli zaufasz.
Kiedy patrzę na biblijnych marzycieli, zawsze mam…
Kiedy patrzę na biblijnych marzycieli, zawsze mam wrażenie, że to banda wiecznych wędrowców, którzy dostali w rękę mapę bez legendy i kompas, który działa tylko wtedy, gdy trzymasz go z szacunkiem. Wszyscy, od Józefa,…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.