Kiedy Chrystus mówi uczniom, że „nie wy będziecie mówić, lecz Duch Ojca waszego będzie przez was przemawiał”, dotyka czegoś, co dla współczesnego człowieka stało się niemal obraźliwe, ponieważ żyjemy w epoce przesadnie zakochanej w micie samowystarczalności, a człowiek Zachodu, który nauczył się budować całe poczucie wartości na indywidualnym sukcesie, własnym głosie, marce osobistej i starannie wyreżyserowanej tożsamości, traktuje dziś ideę bycia narzędziem Boga z podobnym niepokojem, z jakim średniowieczny feudał patrzyłby na człowieka rozdającego jego ziemię chłopom. Pierwsi chrześcijanie byli pod tym względem niebezpieczni, gdyż nie posiadali niemal niczego poza przekonaniem, że Duch istnieje naprawdę i że potrafi rozpalić człowieka mocniej niż strach przed śmiercią, dlatego szli do miast cesarstwa bez zabezpieczeń psychologicznych, bez kultury terapeutycznego asekurowania własnych emocji, współczesnego kultu komfortu, który każe nam traktować najmniejszy dyskomfort jako osobistą tragedię wymagającą natychmiastowej interwencji specjalisty, aplikacji mindfulness albo przynajmniej weekendu w górach z widokiem na jezioro i kawą za trzydzieści dwa złote. W ich świecie człowiek był zdolny umrzeć za sens, podczas gdy współczesny człowiek coraz częściej gotów jest sens poświęcić, byle utrzymać wygodę. I właśnie tutaj zaczyna się dramat duchowy cywilizacji późnego dobrobytu, który polega na tym, że człowiek nie utracił już wiary w Boga w sposób gwałtowny ani heroiczny, ponieważ mało kto dziś z dumą ogłasza ateizm przy huku rewolucyjnych werbli; utracił ją raczej w sposób miękki, niemal tapicerski, siedząc na wygodnej sofie, pomiędzy kolejnym serialem a bezmyślnym przesuwaniem palcem po ekranie telefonu, gdzie obrazy cierpienia, wojny, pornografii, śmierci, reklamy kremu przeciwzmarszczkowego i filmiku z tańczącym kotem mieszają się w jeden bezkształtny strumień bodźców, który skutecznie zabija zdolność przeżywania czegokolwiek naprawdę. Dlatego słowa Jezusa brzmią dziś tak obco, ponieważ zakładają istnienie człowieka wewnętrznie pustego z własnego ego, a współczesna kultura produkuje ludzi szczelnie wypełnionych sobą: własnymi opiniami, traumami, narracjami, własnym nieustannym komentowaniem świata, w którym każdy posiada mikrofon, lecz coraz mniej osób ma coś rzeczywiście żywego do powiedzenia. Pierwsi chrześcijanie płonęli, ponieważ wierzyli, że przez człowieka może przepływać obecność większa od niego samego. Człowiek współczesny organizuje natomiast swoje życie tak, aby nic większego od niego samego nigdy przypadkiem nie wtargnęło do środka, gdyż mogłoby zakwestionować jego wygodnie skonstruowaną tożsamość, kredyt hipoteczny, system drobnych przyzwyczajeń i tę delikatną równowagę pomiędzy weekendowym odpoczynkiem a cichą rozpaczą poniedziałkowego poranka. Najbardziej przejmujące jest jednak to, że Duch Święty w Ewangelii nie odbiera człowiekowi głosu, lecz wydobywa z niego prawdę głębszą niż jego lęk, podczas gdy współczesny człowiek mówi niemal bez przerwy, a mimo to coraz częściej sprawia wrażenie istoty odciętej od własnego wnętrza, ponieważ nauczył się perfekcyjnie komunikować emocje, których już naprawdę nie przeżywa, i wyrażać poglądy, w które sam do końca nie wierzy. Być może właśnie dlatego chrześcijaństwo pierwotne budziło taki niepokój imperium rzymskiego. - Nie dlatego, że chrześcijanie byli silni politycznie. Byli śmiesznie słabi. - Nie, że mieli wpływy. Nie mieli niemal niczego. Groźni stawali się dopiero wtedy, gdy przestawali mówić wyłącznie własnym głosem, ponieważ człowiek, który naprawdę uwierzy, że życie posiada sens większy niż przetrwanie, staje się całkowicie nieprzewidywalny dla świata zbudowanego na strachu, konsumpcji i socjo-tresurze. - Duch mówi w was. Posłuchaj