Każdy z nas nosi w sobie coś, co przypomina miasto po powodzi. Woda opadła, ale błoto zostało. W błocie tkwią rzeczy, których się wstydzimy; myśli, decyzje, słowa, których nie da się już odkręcić. I tam, w tych zakamarkach, powstają nasze wewnętrzne demony. Nie mają imion z apokryfów. Nie przychodzą z zewnątrz. To my je stworzyliśmy, w milczeniu, w gniewie, w samotności. Kiedy Biblia mówi o upadku aniołów, może mówi też o człowieku, który zapomina, że był dobry; o kobiecie, która w nocy modli się, żeby choć raz ktoś spojrzał na nią z czułością. O mężczyźnie, który przestał wierzyć, że potrafi jeszcze coś zmienić. O dziecku w każdym z nas, które gdzieś w środku ciągle płacze: „Nie zostawiaj mnie samego.” To jest prawdziwy demon - poczucie opuszczenia. Z niego rodzą się wszystkie inne: gniew, zazdrość, pożądanie, pycha, lęk. Nie są to wrogowie. To rany z głosem. I jeśli słuchać ich wystarczająco długo, mówią prawdę. Nie o piekle, tylko o tym, czego nam zabrakło. *** Na stole leży stary różaniec, telefon, rachunek i pognieciona kartka z napisem: „Będzie dobrze.” Za oknem noc. On nie wierzy w Boga, ale mimo to szeptem mówi: „Panie, jeśli jesteś, nie zabieraj mi jeszcze snu. Niech chociaż śnię o tym, że potrafię być dobry.” To wystarcza. Bo w tym momencie jego demon przestaje być wrogiem. Zaczyna być świadkiem. Kimś, kto przypomina, że człowiek jest kruchy, ale nie skończony. *** W apokryfach demony były nieśmiertelne, ale bezcielesne. W człowieku jest odwrotnie; śmiertelny, ale z żywą duszą. Każda emocja, której nie przeżyliśmy do końca, zostaje w nas jako echo. Nie złośliwe, nie przeklęte, po prostu nieukończone. Jak niedomknięta historia, która wraca po latach pod nowym imieniem. Tylko że my już nie pamiętamy, że to nasza własna. Kiedy Jezus wypędzał demony, nigdy nie robił tego teatralnie. Nie krzyczał, nie rzucał zaklęć. Mówił po prostu: „Wyjdź z niego.” Ale sens tych słów nie był w rozkazie. Był w uznaniu, że w tym człowieku jest miejsce dla Boga, a to, co obce, musi odejść, bo nie ma już przestrzeni. Każdy z nas ma w sobie ten sam mechanizm. Nie wypędzamy demonów mieczem ani modlitwą, lecz świadomością. Kiedy rozpoznasz, że gniew to tylko przebrana rana, że zazdrość to głód bycia zauważonym, że rozpacz to krzyk po miłości, one zaczynają znikać. Nie dlatego, że wygrałeś. Dlatego, że przestałeś z nimi walczyć. I może świat nie potrzebuje już egzorcystów. Może potrzebuje ludzi, którzy potrafią usiąść ze swoim demonem przy stole, zrobić mu herbatę i zapytać: „Po co przyszedłeś? Czego chcesz mnie nauczyć?” Bo czasem demon to tylko smutek, który za długo był sam. A kiedy dasz mu Słowo, zmienia się w modlitwę. *** Tak kończy się mapa duszy po potopie. Nie ma tam piekła, tylko miasta odbudowywane po burzy. Nie ma legionów, tylko cienie, które wracają, by cię ostrzec. Nie ma Boga, który karze, jest Bóg, który czeka, aż człowiek zrozumie, że największy egzorcyzm to akt przebaczenia sobie. I skierowanie otwartego serca w stronę Jego łaski.