Karol de Foucauld byłby dziś fatalnym kandydatem na religijnego influencera. Za mało pewności siebie, efektu flesza i tej nowoczesnej duchowej sprawności, którą tak chętnie sprzedaje się ludziom jako dojrzałość. Zanim został pustelnikiem, był człowiekiem z dobrego domu, który wcześnie odziedziczył stratę, pieniądze i pustkę. Rodziców pochował jako dziecko. Wiarę zgubił jako nastolatek. Resztę młodości spędził tak, jak zwykle spędzają ją ludzie dobrze wykształceni i wewnętrznie rozbrojeni: z pewną klasą, dużą ilością rozproszeń i starannie pielęgnowanym brakiem kierunku. Był inteligentny, błyskotliwy, wykształcony. Miał też tę szczególną cechę ludzi, którzy potrafią długo funkcjonować ponad własnym rozpadem. Oficer, podróżnik, człowiek obycia, bywalec salonów, ktoś, kto bez większego trudu odnajdywał się w świecie form, ale coraz gorzej we własnym wnętrzu. Z zewnątrz wszystko się zgadzało. W środku zalegał niepokój. Nie dramat. Coś znacznie trudniejszego do rozpoznania: powolne zużycie sensu. To właśnie z takich biografii religia najczęściej usuwa niewygodne fragmenty. Woli prosty łuk: grzech, nawrócenie, światło. Tymczasem prawdziwe życie rzadko porusza się po tak estetycznej linii. Częściej przypomina długie krążenie wokół własnej pustki, w którym człowiek testuje kolejne wersje siebie, licząc, że któraś okaże się wystarczająca. U niego też nie było żadnego wzniosłego zwrotu akcji. Nie wydarzył się cud, który jednym ruchem porządkuje chaos. Najpierw przyszło zmęczenie. Nie światem. Sobą. To znacznie boleśniejszy rodzaj pęknięcia, bo nie daje wygodnego wroga. Nie można go zrzucić na historię, rodzinę, politykę ani pecha. W pewnym momencie człowiek po prostu orientuje się, że największym ciężarem nie jest to, co go spotkało, lecz to, kim się stał. Podróż do Maroka nie była jeszcze przełomem, raczej pierwszą rysą. Zobaczył ludzi ubogich, prostych, zanurzonych w czymś, czego nie umiał nazwać, ale czego sam wyraźnie nie miał. Nie chodziło o egzotykę ani religijny folklor. Bardziej o prostotę, która nie potrzebowała dekoracji. To musiało działać drażniąco na człowieka, który znał dobrze język form, a coraz gorzej rozumiał, co pod nimi jeszcze żyje. Powrót do Francji nie przyniósł olśnienia. Wszedł do kościoła. Spotkał księdza. Uklęknął. Wyspowiadał się. Trudno o mniej teatralny początek duchowego przełomu. I może właśnie dlatego brzmi wiarygodnie. Nie było tam nic do podziwiania. Żadnej sceny czy religijnego patosu. Tylko moment, w którym człowiek przestaje negocjować z własnym rozkładem. Potem zrobił coś, czego współczesny świat nie znosi: zaczął znikać. Nie budował nowej tożsamości wymieniając jedną wersję siebie na bardziej pobożną i społecznie akceptowalną i znowu, i znowu. Raczej odejmował. Najpierw trapista. Później Nazaret. Praca służącego u zakonnic. Cisza. Radykalne ubóstwo. W końcu Sahara. Nie po to, żeby znaleźć siebie, tylko żeby przestać być dla siebie centrum. To właśnie odróżnia go od większości nowoczesnych poszukiwaczy. Dziś człowiek szuka zwykle po to, by lepiej siebie urządzić. On szukał po to, by zejść sobie z drogi. „Ojcze, powierzam się Tobie, uczyń ze mną, co zechcesz.” Nie ma w tym duchowej elegancji. Jest zgoda człowieka, który zrozumiał, że własne ręce nie utrzymają już tego życia w całości. To nie brzmi jak wygrana. Bardziej jak trzeźwość. Jak ktoś, kto po latach przestaje mylić kontrolę z ocaleniem. W Tamanrasset nie zrobił niczego, co dobrze wyglądałoby w raporcie z sukcesu. Nie stworzył ruchu. Uczył się języka Tuaregów. Tłumaczył ich poezję. Spisywał słownik. Był obok. Dla świata nastawionego na wynik to niemal kompromitujące. Dla Ewangelii… podejrzanie bliskie sedna. „Skoro Bóg istnieje, nie można żyć inaczej, jak tylko dla Niego.” To zdanie nie jest radykalne dlatego, że brzmi surowo. Jego ciężar bierze się z czegoś prostszego. Odbiera człowiekowi możliwość wygodnego podziału. Nie pozwala ustawić Boga w bezpiecznym kącie życia, obok zainteresowań, planów i prywatnych zabezpieczeń. Burzy porządek, w którym religia poprawia samopoczucie, ale nie narusza konstrukcji ego. W tym sensie de Foucauld pozostaje niewygodny. Nie dlatego, że był ascetą, tylko że nie próbował użyć Boga do lepszego samopoczucia. Nie szukał duchowości, która koi a prawdy, która przestawia środek ciężkości. To różnica zasadnicza, bo większość ludzi nie odrzuca dziś wiary z powodów intelektualnych. Znacznie częściej odrzuca perspektywę utraty sterowności. Sens jest mile widziany. Obecność również. Łaska brzmi dobrze, dopóki nie wymaga rezygnacji z utrzymania własnej centralnej pozycji wobec świata i ludzi. Problem zaczyna się tam, gdzie człowiek ma przestać być najważniejszym punktem odniesienia. De Foucauld doszedł właśnie tam. Nie do religijnej sprawności tylko do miejsca, w którym przestał stawiać siebie w środku wszwchświata. I może dlatego jego modlitwy nadal brzmią uczciwie. Nie jak teksty człowieka, który wszystko poukładał, lecz jak zapis kogoś, kto wreszcie przestał udawać, że sam sobie wystarczy. *** Karol de Foucauld (1858-1916) był francuskim arystokratą, oficerem, podróżnikiem i księdzem, którego życie przebiegło od utraty wiary przez duchowe nawrócenie aż po radykalne ubóstwo i modlitwę. Po burzliwej młodości, pełnej buntu i rozrzutności, wrócił do chrześcijaństwa, wstąpił do trapistów, a potem wybrał życie pustelnika. Zamieszkał na Saharze wśród Tuaregów w Algierii, gdzie żył bardzo prosto, modlił się, pracował i służył ludziom bez rozgłosu, bardziej obecnością niż pouczaniem. Uczył się ich języka, spisywał słownik, dzielił codzienność z ubogimi i odrzuconymi. Zginął w 1916 roku, zastrzelony podczas napadu na pustelnię. Z czasem stał się symbolem cichej wiary, braterstwa i życia oddanego najbardziej zapomnianym. Kanonizowany przez Papieża Franciszka 15 maja 2022 roku.