Jonasz miał tego Boga trochę dość. Nie że Go nie lubił. Po prostu uważał, że Bóg za często daje drugie szanse ludziom, którzy na nie nie zasługują. A on? On, sumienny pracownik działu Prawdy Absolutnej, miał zasuwać po świecie z komunikatem o miłosierdziu, podczas gdy jego szef dawał rabaty grzesznikom. Nie dziwne, że spakował się i poleciał do Tarszisz. Gdyby żył dziś, pracowałby w korporacji, w dziale compliance. Na LinkedIn pisałby: „Ekspert od moralnych procedur, aktualnie w stanie wewnętrznego sabotażu.” Na terapii opowiadałby, że ma problem z autorytetem, bo jego przełożony (czytaj: Bóg) nigdy nie odwołuje decyzji, nawet gdy są nieracjonalne. W końcu wraca do pracy, ale już bez entuzjazmu. Kiedy jego „klienci” w Niniwie się nawracają, zamiast się cieszyć, dostaje napadu złości. To pierwszy biblijny przypadek moralnego wypalenia zawodowego. Bo najgorsze, co może spotkać proroka, to gdy ma rację, a Bóg? I tak robi po swojemu. *** Jeremiasz był jak rzecznik prasowy katastrofy. Mówił ludziom, że wszystko się wali, a oni śmiali się, że to fake news. W końcu sam przestał wierzyć w sens swoich komunikatów. Pisał lamenty, w których brzmiał jak ktoś, kto modli się, ale jednocześnie składa wypowiedzenie do nieba. Gdyby żył dziś, prowadziłby kanał na YouTube: „Depresja proroka”, w którym w każdym odcinku tłumaczyłby, dlaczego nadzieja to forma autooszustwa. Pod filmem miałby komentarze typu: „Jeremi, trzymaj się bracie, Bóg wie, co robi.” Na co on odpowiadałby: „Wiem. I to mnie właśnie dobija.” W historii duchowości Jeremiasz był głosem tych, którzy wierzą, że miłość Boża boli, bo nie daje się zapomnieć, a prawda to czasem forma tortury. *** Eliasz wygrał. Pokonał proroków Baala, podpalił ołtarz, udowodnił, że jego Bóg jest prawdziwy. A potem… rozpadł się psychicznie. Wielu proroków chciałoby dożyć takiego triumfu, ale on po zwycięstwie powiedział: „Dosyć już, Panie, zabierz moje życie.” To moment, gdy duchowy lider dostaje syndrom „dnia po sukcesie”. Kiedy przez lata żył adrenaliną walki, a potem przyszła cisza i… nie ma już nic do udowodnienia. Gdyby żył dziś, Eliasz trafiłby do kliniki w Szwajcarii z rozpoznaniem: „poważny epizod wypalenia proroczego, z objawami pustki eschatologicznej.” Psycholog zaleciłby: długi spacer, sen i mniej cudów. Ale Bóg przysłał mu tylko anioła z jedzeniem i prostym zdaniem: - Wstań i jedz. Czyli: - nie filozofuj, weź się w garść. *** Hiob nie był prorokiem w sensie formalnym, ale był najbardziej ludzkim prorokiem, bo jego proroctwo rodziło się z bólu. Nie przewidywał przyszłości, on żądał wyjaśnień. Stracił wszystko i powiedział Bogu: - Chodź, porozmawiajmy jak równy z równym. Dziś Hiob pisałby listy otwarte do Boga na Medium.xom.bom tagując je #sprawiedliwość #cierpienie #dialog. Nie bluźnił, ale był wkurzony. Nie stracił wiary, ale przestał wierzyć naiwnie. To różnica między teologią a rzeczywistością. Hiob był prorokiem nowoczesnym. Tym, który mówił Bogu w twarz, że to, co się dzieje, nie ma sensu. I właśnie dlatego Bóg go wysłuchał. Bo najczystsza modlitwa to czasem ta, która brzmi jak kłótnia. *** Jonasz uciekał. Jeremiasz płakał. Eliasz chciał umrzeć. Hiob się kłócił. A Bóg? Bóg trwał. Czasem milczał. Czasem szeptał. Zawsze był. Bo w całej tej frustracji proroków - od gniewu po łzy, jest jedno ukryte piękno: - nikt z nich nie przestał rozmawiać. A dopóki człowiek mówi do Boga, nawet ze złością, nawet przez zęby to znaczy, że miłość i wiara… wciąż w nim pulsują… życiem. *** Jonasz, Jeremiasz, Eliasz i Hiob to czterej prorocy, którzy znali Boga z bliska, ale mieli z Nim dość ludzkie problemy. Jonasz uciekał, bo nie znosił Jego miłosierdzia. Wiedział, że Bóg znowu przebaczy, a on wyjdzie na głupca. W brzuchu ryby uczył się pokory, a potem, pod krzewem rycynusu, zrozumiał, że gniew na Boga nie kończy rozmowy, on ją dopiero zaczyna (Jon 1-4). Jeremiasz lamentował. Bóg kazał mu głosić prawdę, której nikt nie chciał słuchać. Przeklinał dzień swoich narodzin i oskarżał Boga o zdradę, a jednak dalej mówił w Jego imieniu (Jr 20). Eliasz po zwycięstwie nad prorokami Baala chciał umrzeć. Zmęczony, samotny, uciekł na pustynię. Bóg przyszedł w ciszy, nie w ogniu. Dał mu chleb, wodę i jedno zdanie: „Wstań i jedz” (1 Krl 19). Hiob nie był prorokiem z tytułu, ale był nim z ducha. Stracił wszystko i żądał od Boga wyjaśnień. Krzyczał, milczał, potem słuchał wichru. Na końcu powiedział: „Dotąd znałem Cię ze słyszenia, lecz teraz ujrzało Cię moje oko” (Hi 42). Wszyscy czterej byli sfrustrowani, zmęczeni i szczerzy. Bóg żadnego nie ukarał za gniew. Bo frustracja nie jest grzechem, jeśli prowadzi do rozmowy. W Psalmie napisano: „Wylewajcie przed Nim wasze serca.” I to właśnie zrobili.