Jezus opowiada historię o pasterzu. Ma sto owiec. Jedna znika. Zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć i idzie szukać tej jednej (Łk 15,4). Jeśli ktoś prowadził kiedyś firmę albo gospodarstwo, wie, że tak się nie robi. Straty się wkalkulowuje. Jedna owca to koszt operacyjny. A jednak Jezus opowiada to zupełnie serio. Człowiek zwykle wyobraża sobie zgubienie w sposób dramatyczny. Katastrofa. Upadek. Moment, który wszystko zmienia. W praktyce wygląda to tak: najpierw jest zmęczenie. Potem kilka decyzji, które wydają się niewielkie. Potem dystans. Człowiek wciąż funkcjonuje. Pracuje. Rozmawia. Płaci rachunki. Tylko gdzieś w środku zaczyna brakować powietrza. Owca z przypowieści nie ma planu powrotu. Nie analizuje błędów. Stoi gdzieś w zaroślach i nie bardzo rozumie, jak się tam znalazła. Ten szczegół jest ważny. Bo religijna wyobraźnia często zakłada, że powrót zaczyna się od mega wysiłku. Tymczasem w przypowieści pierwszy ruch wykonuje pasterz. Idzie. Nie dlatego, że ta jedna jest bardziej wartościowa niż reszta. Dlatego, że jest jego. Jezus mówi potem: w niebie jest radość z jednego odnalezionego człowieka (Łk 15,7). Radość. Nie chłodna satysfakcja. Może dlatego ta historia tak drażni. Podważa logikę zasługi. To inaczej, niż w poradnikach o samodoskonaleniu. W tej opowieści nikt nie wraca dzięki perfekcyjnej dyscyplinie i determinacji. Zostaje znaleziony. „Pan jest moim pasterzem” - mówi Psalm 23. Nie: był. Nie: kiedyś był. - Jest. Czasem człowiek myśli, że oddalił się za daleko i utkwił bez biletu powrotnego. W tej historii odległość nie jest głównym problemem. Problemem byłoby tylko jedno: gdyby nikt go nie szukał. A według Jezusa ktoś wciąż chodzi po wzgórzach i szuka. Nie odpuszcza. Nawet, gdy schowałeś się w krzakach grzechu. Taki jest twój Bóg.