- Jezus mnie kocha, więc mam wolne. To zdanie padło w kuchni. O poranku. Jeszcze nie zjadł płatków, a już zdążył uznać, że ma status duchowego VIP-a. - Jezus mnie kocha - powiedział z miną, jakby właśnie dostał kartę lojalnościową z nieba. - I co z tego? odparła lodówka. Tak, ta lodówka mówiła. A Może to był wewnętrzny głos w trybie AGD. Bo jak się dobrze rozejrzeć, to taka miłość bezwarunkowa może człowieka rozleniwić. Skoro nie muszę zasługiwać, skoro jestem wybrany z automatu, to po co się starać? Po co ogarniać siebie, ludzi, pokój dzienny i egzystencję? I tak zaczyna się dramat w trzech aktach: 1. Najpierw opadasz na kanapę. 2. Potem nie podnosisz skarpet. 3. A na końcu mówisz: „przecież On mnie zna, On wie, że ja tak mam”. W niebie robią wtedy „facepalm”. *** - Ona mnie kocha, więc mogę wrzucić na luz. To już nie Jezus. To żona. Ona też kocha. Przynajmniej kiedyś to mówiła, zanim zaczęła kupować świece zapachowe o zapachu rezygnacji. „Skoro mnie kocha, to zaakceptuje mnie takim, jaki teraz jestem” - pomyślał. I przestał być jakikolwiek. Z dnia na dzień topniał mu charakter jak lody pistacjowe w rękach trzylatka. Z czasem stał się meblem. Przeszkodą między drzwiami a telewizorem. Tym, co sapie, ale nie słucha. Coś niby mówi, ale wszystko w trybie „mute”. I wiesz co? Ona naprawdę go kochała. Ale nie za to, że był. Tylko za to, kim mógłby być, gdyby tylko ruszył zad. Miłość to nie jest zasilacz do pilota. To bardziej jak aplikacja pogodowa. Musisz sprawdzać na bieżąco, bo inaczej wychodzisz bez parasola i masz mały kłopot. *** To był ten moment. Nie dramatyczny. Nie o północy. Nie po kłótni. Raczej w środku dnia, między „zrobić kawę” a „sprawdzić wiadomości”. Spojrzał w lustro i zobaczył człowieka, którego od dawna nie znał. Nie miał na sobie nic z tego, za co kiedyś był kochany. Nie bunt. Nie czułość. Nie pomysły, dla których warto było nie spać do rana. Miał za to piwny brzuszek, który mówił: „żona mnie kocha”, i minę: „Jezus mnie lubi, więc spoko”. Tyle że ta miłość, której się trzymał jak biletu miesięcznego, nie była już dla niego. Bo miłość to nie glejt. Nie immunitet. Nie zwolnienie z bycia aktywnym umiłowanym. Miłość mówi też: „widzę cię takim, jakim jesteś… i wiem, że możesz być kimś więcej”. A on to przespał. W piżamie. Z piwem. Z pilotem. Z wewnętrzną ciszą, która przestała być spokojem, a zaczęła być pustką. I wtedy nie było głosu z nieba. Nie było anioła. Było tylko uczucie, że wszystko da się jeszcze zacząć, jeśli choć raz powiesz: „Nie jestem gotowy, ale wstanę.” I to wystarczyło. Na dziś. A jutro się zobaczy.