Jezus miał osobliwy zwyczaj: nigdy nie zaczynał od fasady. Nie pytał, ile masz, tylko komu oddajesz serce. Nie sprawdzał stanu konta, tylko dłonie, czy są gotowe coś wypuścić. Biblia jest pełna ludzi, którzy wyglądali „dobrze”, a byli pusto urządzeni w środku. I pełna takich, którzy wyglądali na przegranych, ale mieli w sobie przestrzeń, w której mógł zamieszkać Bóg. Współczesny człowiek robi odwrotnie. Najpierw dekoruje. Potem liczy reakcje. Dopiero na końcu, jeśli starczy sił, próbuje być sobą. A przecież Ewangelia jest prosta: - to nie bogactwo jest problemem, tylko potrzeba imponowania. Bo imponować znaczy prosić o miłość na cudzych warunkach. „Udawaj biednego, by ich sprawdzić” - brzmi jak prowokacja. Ale w biblijnym sensie bieda nie jest brakiem pieniędzy. Jest brakiem masek. Jest zgodą na to, że ktoś może odejść, gdy zobaczy, kim naprawdę jesteś. Jezus był w tym konsekwentny. Nie ratował relacji za wszelką cenę. Pozwalał ludziom odchodzić, gdy prawda przestawała im się opłacać. I właśnie dlatego Jego obecność była tak wyzwalająca. W świecie, który uczy: „pokaż, że ci się udało”, Biblia szepcze: - pokaż, że nie musisz niczego udowadniać. Może więc nie chodzi o to, by udawać biednego. Może chodzi o to, by przestać udawać w ogóle. Bo tylko wtedy spotykasz ludzi, którzy zostają, i… Boga, który nigdy nie jest pod wrażeniem twojego kostiumu.