Zdjęcia Jeżeli czytać Biblię powoli, bez pośpiechu i bez opasłych komentarzy, można zauważyć coś, co umyka, gdy szuka się w niej przede wszystkim zasad: seksualność nie pojawia się tam jedynie jako problem do rozwiązania, lecz jako odpowiedź na samotność. Zanim pojawia się jakiekolwiek „nie wolno”, trafiasz na zdanie brzmiące bardziej jak diagnoza niż religijna wskazówka: „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam” (Rdz 2,18). To zdanie zmienia perspektywę, ponieważ sugeruje, że człowiek nie został pomyślany jako istota samowystarczalna. Nie chodzi tu o romantyczną potrzebę towarzystwa, lecz o coś bardziej pierwotnego; o fakt, że ludzka psychika stabilizuje się poprzez więź. Współczesna psychologia przywiązania, rozwijana przez Johna Bowlby’ego, opisuje dokładnie ten sam mechanizm, wskazując, że poczucie bezpieczeństwa powstaje nie w izolacji, lecz w relacji, która pozwala organizmowi przestać być w stanie ciągłej czujności. Dopiero po tej diagnozie samotności pojawia się opis jedności: „dlatego mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swoją żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem” (Rdz 2,24). Jeżeli czytać ten fragment bez redukowania go do biologii, trudno nie zauważyć, że chodzi tu raczej o stan egzystencjalnego zaufania niż o samą fizyczność. Ciało staje się w tym ujęciu nie celem, lecz narzędziem komunikacji czegoś głębszego: zgody na to, by zostać poznanym bez strachu. W tym sensie szczególnie wymowna pozostaje Pieśń nad Pieśniami, która nie zawiera ani jednego nakazu, a mimo to mówi o seksualności więcej niż wiele moralnych traktatów. Kiedy pojawiają się tam słowa: „Jam należę do mego miłego, a ku mnie zwraca się jego pożądanie” (Pnp 7,11), - nie chodzi o deklarację posiadania, lecz o doświadczenie bycia wybranym. Psychologia relacji nazwałaby to wzajemnością emocjonalną; stanem, w którym pragnienie nie jest jednostronnym impulsem, lecz odpowiedzią na obecność drugiego człowieka. Jeżeli spojrzeć na to z drugiej strony, od strony badań nad relacjami, widać podobną prawidłowość. Najtrwalsze więzi nie opierają się na intensywności pierwszego przyciągania i tylko na chemii mózgu lecz na poczuciu, że druga osoba pozostaje emocjonalnie dostępna. Sue Johnson, twórczyni terapii skoncentrowanej na emocjach, pokazuje, że pożądanie utrzymuje się przede wszystkim tam, gdzie człowiek nie musi bronić się przed odrzuceniem, ponieważ dopiero bezpieczeństwo pozwala na autentyczną otwartość. Na tym tle dramatycznej wymowy nabiera moment opisany w trzecim rozdziale Księgi Rodzaju: „wtedy otworzyły się oczy im obojgu i poznali, że są nadzy”(Rdz 3,7). Nagość nie staje się problemem dlatego, że ciało nagle się zmieniło, lecz dlatego, że zniknęło poczucie bezpieczeństwa. To jeden z najbardziej przenikliwych psychologicznie obrazów w całej literaturze starożytnej: - człowiek zaczyna się ukrywać nie dlatego, że jest widziany, lecz dlatego, że przestaje czuć się akceptowany. Psychologia opisuje ten proces jako przejście od autentyczności do strategii ochronnych. Kiedy znika zaufanie, pojawia się zarządzanie wizerunkiem. Zamiast spotkania pojawia się występ, w miejsce ciekawości, ocena. Zamiast bliskości, napięcie, które sprawia, że seksualność może zacząć pełnić funkcję testu własnej wartości zamiast funkcji komunikacji więzi. W tym kontekście szczególnie interesująco brzmi fragment z Pierwszego Listu do Koryntian: „mąż niech oddaje powinność żonie, podobnie też żona mężowi” (1 Kor 7,3). Odczytany powierzchownie może brzmieć formalnie, lecz w świetle całego listu chodzi raczej o zasadę wzajemnej troski niż obowiązku. Można by powiedzieć, że jest to starożytna intuicja tego, co dziś nazwalibyśmy emocjonalną odpowiedzialnością za dobrostan relacji. Jeżeli więc połączyć te dwa porządki, biblijny i psychologiczny, widać wyraźnie, że seksualność najlepiej funkcjonuje nie tam, gdzie istnieje presja doskonałości, lecz tam, gdzie istnieje zgoda na niedoskonałość. Nie tam, gdzie ktoś musi udowodnić swoją wartość, lecz tam, gdzie może przestać ją udowadniać. *** Jednym z bardziej bolesnych odkryć dorosłości bywa moment, w którym człowiek zaczyna rozumieć, że seksualność nie działa jak środek naprawczy dla relacji, które przestały dawać bezpieczeństwo. Może ona na chwilę zagłuszyć napięcie, ale nie jest w stanie zastąpić codziennej uważności, która buduje poczucie bycia ważnym. Psychologia mówi tutaj o zjawisku regulacji emocjonalnej poprzez bliskość. W praktyce oznacza to, że potrzeba zbliżenia często jest mniej związana z samym popędem, a bardziej z próbą odzyskania (lub nawiązania) kontaktu. Człowiek nie zawsze szuka intensywności doświadczenia; znacznie częściej szuka potwierdzenia, że nadal jest kimś, kogo się wybiera. Podobną myśl można odnaleźć u św. Augustyna, który w Wyznaniach zapisał: „niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”(Confessiones, I,1). Choć zdanie to odnosi się do relacji z Bogiem, jego psychologiczny sens można czytać szerzej jako opis ludzkiego pragnienia miejsca, w którym napięcie zostaje zastąpione odpoczynkiem. Badania Johna Gottmana nad trwałością relacji pokazują, że najczęstsze przyczyny rozpadu związków nie mają charakteru trzęsienia ziemi. Nie są nimi wielkie dramaty, lecz powolne zanikanie drobnych gestów życzliwości. To właśnie te mikrosygnały, sposób reagowania na opowieści partnera, ton odpowiedzi, gotowość do zatrzymania się przy czyimś zmęczeniu, budują albo podkopują poczucie bezpieczeństwa, które później znajduje swoje odbicie także w sferze intymnej. W tym sensie seksualność okazuje się niezwykle czułym wskaźnikiem jakości relacji, ponieważ reaguje nie na deklaracje, lecz na rzeczywisty klimat emocjonalny. Tam, gdzie pojawia się przewlekłe napięcie albo niewypowiedziane urazy, spontaniczność zaczyna ustępować miejsca ostrożności. Nie dlatego, że znika zdolność do pragnienia, lecz dlatego, że organizm przestaje kojarzyć relację z odpoczynkiem. Z tej perspektywy nowego znaczenia nabierają słowa Pawła: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest (…) nie unosi się gniewem, nie pamięta złego” (1 Kor 13,4–5). Odczytane psychologicznie nie są one jedynie ideałem moralnym, lecz opisem warunków, w których więź może pozostać żywa. Tam bowiem, gdzie nie ma chronicznej obrony, może pojawić się autentyczna bliskość. Dlatego zasadnicza różnica nie przebiega między ludźmi bardziej lub mniej atrakcyjnymi, lecz między relacjami, w których druga osoba jest przewidywalnym źródłem napięcia, a tymi, w których jest przewidywalnym źródłem spokoju. Atrakcyjność może przyciągać uwagę, lecz to poczucie bezpieczeństwa pozwala na długotrwałą otwartość. W tym sensie seksualność nie jest odrębną dziedziną życia, lecz jego przedłużeniem. Nie zaczyna się w momencie fizycznego kontaktu, lecz znacznie wcześniej: w sposobie, w jaki ludzie odnoszą się do siebie w zwyczajnych momentach dnia. To właśnie tam powstaje albo zanika przestrzeń, w której bliskość może być czymś naturalnym. Jeżeli więc szukać wspólnego wniosku płynącego zarówno z refleksji biblijnej, jak i z psychologii relacji, można go sformułować bez patosu: - jakość życia intymnego rzadko zależy od wyjątkowych zdolności, a znacznie częściej od zdolności tworzenia relacji, w której druga osoba nie musi nieustannie upewniać się, że ma prawo tam być. Dopiero tam, gdzie pojawia się taka pewność, seksualność przestaje być próbą zdobywania potwierdzenia własnej wartości, a staje się naturalnym językiem ciała istniejącej więzi.
Jeżeli czytać Biblię powoli, bez pośpiechu i…
Zdjęcia Jeżeli czytać Biblię powoli, bez pośpiechu i bez opasłych komentarzy, można zauważyć coś, co umyka, gdy szuka się w niej przede wszystkim zasad: seksualność nie pojawia się tam jedynie jako problem do…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.