Jest w nas coś przewrotnie ludzkiego: skłonność do tłumaczenia siebie intencjami i oceniania innych. - Ja chciałem dobrze, ty zrobiłeś źle. Psychologia to zna; błąd atrybucji, mechanizm obronny, miękki fotel dla własnego sumienia. Filozofia dorzuca swoje: - łatwiej utrzymać obraz siebie jako kogoś „w porządku”, niż wejść w niewygodne lustro cudzych doświadczeń. Biblia natomiast nie owija w bawełnę. Przynosi zdanie krótkie jak oddech i długie jak życie: „Wszystko zatem, co byście chcieli, aby wam ludzie czynili, to i wy im czyńcie. Do tego bowiem sprowadza się Prawo i Prorocy.” (Mt 7,12) Nazywamy to „złotą zasadą”, jakby była medalem do powieszenia na ścianie. A to raczej papierek lakmusowy: dotkniesz… zmienia kolor. Od razu widać, co w tobie reaguje. Bo ta zasada nie pyta, kto ma rację, ale: - kim chcesz być, kiedy jest trudno, a grunt osuwa się spod nóg? Gdy ktoś cię skrzywdził, instynkt idzie pierwszy. Ciało chce sprawiedliwości natychmiastowej, najlepiej z przytupem. A przy tym bywa, jeśli jesteśmy uczciwi, że przychodzi flesz z pamięci, gdy to my kogoś zraniliśmy. Przypadkiem, z głupoty albo z lęku. I jak bardzo pragnęliśmy wtedy nie krzyku, lecz chwili ciszy; nie wyroku, lecz możliwości naprawy. Jezus nie likwiduje odpowiedzialności. On ją przesuwa w głąb: - taką miarą, jaką mierzysz, sam będziesz mierzony. Psychologia nazwie to empatią poznawczą; Biblia, miłosierdziem. Efekt jest ten sam: serce robi miejsce na drugą szansę. Gdy ktoś ma problemy, zwykle chcemy rozwiązań. Rady są tanie, słuchanie kosztuje. A przecież, gdy sami się chwiejemy, marzymy nie o instrukcji obsługi życia (ba! Są takie?), lecz o kimś, kto usiądzie obok i wytrzyma nasze nieskładne zdania. Filozofia dialogu mówi o obecności; Ewangelia o towarzyszeniu w drodze. To nie jest heroizm tylko drobna decyzja, by nie uciec od czyjegoś bólu i stać się znakiem miłości, która nie krzyczy i nie poprawia na siłę. Gdy ktoś nas irytuje, sprawa wydaje się błaha, a właśnie wtedy zasada działa najostrzej. Bo irytacja obnaża rytm serca. Chcielibyśmy, by ktoś miał do nas cierpliwość, gdy jesteśmy nieporadni, spóźnieni, nie w formie. A tak łatwo odmówić jej innym. Jezus zakłada coś ryzykownego: że wszyscy jesteśmy w trakcie nieustannego dojrzewania, zmian. Nikt nie rodzi się należycie ukształtowany. Jeśli to prawda, to cierpliwość przestaje być uprzejmością, staje się koniecznością. Sedno nie leży w moralnym wysiłku, tylko z zmianie myślenia. Traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany i to nie slogan, to metoda. Praktyka codzienna. Małe korekty reakcji. Pytanie zadane w pół sekundy przed odpowiedzią: - gdybym był na jego miejscu, czego bym potrzebował? Jeśli chcemy żyć jak Jezus, to właśnie tutaj zaczyna się droga. Nie w wielkich deklaracjach, lecz w tym, jak reagujemy na cudzy; błąd, lęk, niezręczność. Prawo i Prorocy, zebrani w jednym zdaniu, sprowadzają się do głębi relacji, na którą składają się nasze codzienne reakcje. Reszta jest tylko komentarzem.