JERYCHO ~ Zanim runęły mury, było tylko milczenie. I dziwny rozkaz. Sześć dni marszu. Codziennie raz. Wokół miasta. Bez słowa. Tylko trąby kapłanów, jak echo czyjejś zbliżającej się obecności. Izraelici - zmęczeni tułaczką, spieczoną ziemią pustyni, zawiedzeni sobą i wybawieni na nowo - przyszli pod mury miasta, które się nigdy nie poddawało.Mury Jerycha były grube. I stare. Jak przekonania. I stały tam od zawsze. Jak strach. A Bóg powiedział do Jozuego: „Nie atakuj. Obejdź. Bądź cicho. Siódmego dnia zrób to siedem razy. Potem krzyknij.” To był plan, który nie miał sensu. Ale miał cel. Bóg nie chciał tylko zdobyć miasta. Chciał zdobyć ich zaufanie. I tak maszerowali. Milcząc. Ściany nie drgnęły. Ludzie z Jerycha śmiali się, potem zamilkli. Potem bali się. Bo cisza bywa groźniejsza od wojny. W siódmym dniu, po siódmym okrążeniu, Jozue uniósł rękę. Kapłani zadęli w rogi. Lud wydał krzyk. Nie zwykły krzyk. To był krzyk wiary. Krzyk wszystkich straconych nadziei. Krzyk niewysłuchanych modlitw. Krzyk pokolenia, które urodziło się na pustyni. I wtedy mury pękły. Nie dlatego, że byli silni. Ale dlatego, że Bóg był z nimi, a oni z Nim. Na nowo. Choć bali się iść dalej. *** Czasem Bóg nie każe nam walić głową w mur. Czasem każe nam iść dookoła. Milczeć. Trwać. Aż do momentu, w którym krzyk serca stanie się modlitwą. I wtedy mury - te z betonu, te z traumy, te z przeszłości… - mogą runąć.