JA JUDASZ - Zapowiedź ~ Tuż przed moją ordynacją, arcybiskup Michael Warren (mój szef, mentor i człowiek, który potrafił rozpoznać herezję na podstawie spojrzenia) powiedział mi coś, co miało dźwięczeć w mojej głowie jak stary dzwon na kościelnej wieży. - Wiesz - zaczął, z tą swoją pastoralną mieszaniną litości i rozbawienia - będziesz miał przerąbane. - Katolicy będą na ciebie patrzeć jak na protestanta. Protestanci - jak na Judasza. - Wylądujesz albo na ołtarzu, albo na ulicy. Pomyślałem wtedy: „Spoko, byle nie na YouTubie”. Ale dziś - po latach, po wszystkim, co się wydarzyło i co się nie wydarzyło - muszę przyznać: Warren miał połowę racji. Nie trafiłem na ołtarz. Ulica stała się moim domem. Dosłownie. I całkiem metaforycznie. *** Od tamtej pory często myślę o Judaszu. Nie jak o archetypie zdrady. Nie jak o twarzy z witraża, którą łatwo wytykać dzieciom na lekcji religii. Ale jak o człowieku, który był blisko światła i jednak się potknął. Który nie zabił nikogo. Nie przeklinał Boga. Nie odszedł z krzykiem. Po prostu - nie wytrzymał napięcia między wiarą a rozczarowaniem. *** Codziennie spotykam świętych i przeklętych. Nie wiem, kto jest kim, dopóki nie wypiją ze mną kawy z termosu albo nie opowiedzą, dlaczego nie dzwonią już do swoich matek i dzieci. W jutrzejszym eseju nie chodzi o teologię. Nie chcę jej „objaśniać”. Chcę tylko zajrzeć razem z tobą do miejsca, w którym człowiek się łamie - i nadal jest człowiekiem. Może Judasz był słaby. Może był zbyt wrażliwy. Może nie umiał sobie wyobrazić, że można zdradzić - i zostać mimo wszystko przyjętym z powrotem. A może - i to najstraszniejsze - po prostu nikt mu tego nie powiedział. *** Ten esej to fragmenty szerszego tekstu, zapis prób zrozumienia, co się dzieje z człowiekiem, który się rozczarował sobą i o Bogu, który nadal chce być przy nim. Jeśli kiedyś ktoś cię zostawił. Albo jeśli to ty odszedłeś. Albo jeśli siedzisz właśnie pośrodku życia, które nie wygląda tak, jak powinno - to jutrzejszy tekst, być może, jest także o tobie.