JA JUDASZ ~ Nie wiem, jak ty, ale ja mam w życiu takiego Judasza. Nie chodzi o to, że mnie sprzedał za 30 srebrników (za tyle to dziś nie kupisz nawet wina mszalnego), ale że zawsze, kiedy coś ważnego się dzieje, stoi za plecami i milczy, aż do momentu, kiedy można coś spartolić. Wtedy wchodzi. Cicho. Skutecznie. Z błyskiem samozadowolenia w oku, które nie zna litości. Jak księgowy twojej matki, który pamięta, że kiedyś nie oddałeś jej 5 zł za kefir. Tak sobie wyobrażam Judasza Iskariotę. Nie jako jakiegoś demonicznego agenta piekieł. Nie był przerażający. On był, niestety, bardzo ludzki. Taki typ, co ci pomoże z zakupami, a potem nie odda wózka i bierze twoje 2 złote „bo sam wsadził monetę”. A ty się zastanawiasz, co się właściwie wydarzyło. *** W planie zbawienia - czyli tej, nazwijmy to wprost, najdziwniejszej dramaturgii wszech czasów - Judasz to postać drugiego planu, bez której nie byłoby pierwszego. Tak jakby Quentin Tarantino napisał scenariusz dla Boga, ale wyrzucił na margines faceta, który podpala lont. A potem ten margines zaczyna płonąć. Kiedy Jezus mówi: „Jeden z was mnie zdradzi” - wszyscy są zszokowani. Ale nie tak zszokowani jak przy wiadomości, że Piotr się wyprze. Bo Judasz… no cóż, Judasz od początku był dziwny. Nie, że od razu zły. Po prostu miał ten rodzaj charyzmy, który sprawia, że ludzie przestają mu ufać, zanim jeszcze otworzy usta. Mówił: „kocham Jezusa” takim tonem, jakim mówi się „smacznego” komuś, kogo się nie znosi. *** A jednak to jego wybiera Bóg. Znaczy: Jezus. Wyobraź sobie, że jesteś wszechwiedzącym Mesjaszem, znasz serca ludzi, umiesz chodzić po wodzie i przewidzieć, ile będzie kosztować benzyna w 2026 roku, a mimo to wybierasz Judasza do swojej elitarnej drużyny. Jakby Messi wziął do finału Ligi Mistrzów faceta, który nienawidzi piłki i nie ma jednej nogi. To się nie trzyma logiki. Ale może… to właśnie jest logika Ewangelii? *** I tu zaczyna się piekło komentatorów. Jedni mówią: Judasz miał wolną wolę, po prostu był idiotą. Drudzy: nie miał wyboru, to wszystko było zapisane. Trzeci: a może był bardziej posłuszny Bogu niż reszta? Może dla Niego mógłby się nawet powiesić? Wiesz, jak to jest, kiedy ktoś zdradza, a potem mówisz sobie: „musiał to zrobić, żebyśmy się ocknęli”? To właśnie próbują robić teologowie z Judaszem. Zdradził, ale może to była miłość w ekstremalnej formie, taka na odwrót. Jakby chciał Jezusowi pomóc, tylko… w bardzo popieprzony sposób. *** A Jezus? Jezus nie krzyczy na Judasza. Nie wyrzuca go z wieczernika. Wręcz przeciwnie - podaje mu chleb. W kulturze tamtych czasów to gest przyjaźni. To tak, jakby ci ktoś, kogo właśnie zdradzasz, powiedział: „Zjedz ze mną deser, zanim mnie sprzedasz”. To boli. Jak pocałunek w Gethsemani. Bo tam, w ciemności, Judasz nie wbija noża, tylko daje pocałunek. *** I teraz najlepsze: czy musiał to zrobić? Bo przecież, jeśli plan zbawienia miał się dokonać - to ktoś musiał zdradzić. Ktoś musiał być tym „złym”, tym „co nie zrozumiał”, tym „co się załamał”. Więc jeśli musiał - czy można go winić? Jeśli nie musiał, to czemu Jezus go wybrał, wiedząc, jak się skończy? To jakby reżyser dramatu wybrał aktora do roli zdrajcy, a potem miał pretensje, że dobrze zagrał. *** Ale może Judasz nie „zagrał” dobrze. Może się pogubił? Może był jak ci wszyscy ludzie, którzy robią coś złego z nadzieją, że to wyjdzie na dobre. Jak ojciec, który zostawia rodzinę, „żeby ją uratować” od siebie. Jak facet, który kłamie, bo „tak będzie mniej bolało”. Jak my - codziennie - sprzedający kogoś, by zachować spokój, święty spokój, święty i bardzo ludzki. *** Proroctwo, czyli jak się wpakować w wieczność i nie wiedzieć, czy to twój wybór ~ Zaczynasz dzień. Kawka, mycie zębów, skrętasz w lewo zamiast w prawo, bo taki masz nastrój, a potem… okazuje się, że twoje skręcenie w lewo było zapowiedziane przez proroka sprzed dwóch tysięcy lat, który mówił coś o człowieku, co idzie w stronę nicości i przy okazji zgubi sandał. I właśnie tak musiał się czuć Judasz, jeśli w ogóle czytał Pisma. Bo widzisz, problem z prorokami jest taki, że wszyscy są mądrzy po fakcie. Dopóki się coś nie wydarzy, nikt nie myśli: „Hej, to właśnie o mnie mówił Izajasz!”. Ale jak już zdradzisz Mesjasza i wszyscy cię znienawidzą, to nagle okazuje się, że wszystko było zapowiedziane. Psalmy, Jeremiasz, Zachariasz. Oni już wiedzieli. Ty nie. Ty tylko potrzebowałeś pieniędzy. Albo sensu. Albo czegokolwiek, co wyjaśni, dlaczego od miesięcy nie czujesz nic, nawet kiedy Jezus mówi ci: „Przyjacielu”. *** I teraz mamy teologiczny pasztet. Jeśli zdrada Judasza była zapowiedziana - i musiała się wydarzyć - to co z jego wolnością? No bo serio: jak możesz być winny, jeśli robisz dokładnie to, co ktoś przewidział i zapisał w świętej księdze? To tak jakbyś miał dostać mandat za złe parkowanie, mimo że znak był źle ustawiony przez anioła z problemami ze wzrokiem. Ale z drugiej strony - jeśli nie musiał tego robić, tylko mógł - to czemu to zrobił? Bo był zły? Bo był rozczarowany? Bo chciał przyspieszyć Królestwo, którego Jezus ciągle nie ogłaszał? A może… bo przestał wierzyć? *** Oto inna opcja, bardziej wyrafinowana: Judasz był zbyt inteligentny, by wierzyć dalej. Zobaczył, że Jezus nie będzie tym, kim miał być. Nie poprowadzi powstania, nie rozgoni Rzymian, nie rozdaje karabinów i czerwonych flag. Więc Judasz zrobił coś, co wielu z nas robi w chwilach paniki: zdradził swoją nadzieję, zanim ona go zawiodła. Bo tak łatwiej. Lepiej zniszczyć coś samemu niż czekać, aż zawali się samo. *** A co z Bogiem? Bóg w tym wszystkim siedzi cicho. Jakby robił notatki. Teologowie mówią: Bóg nie chciał, żeby Judasz zdradził - ale wiedział, że to się stanie, i wplótł to w plan zbawienia. To trochę jak z rodziną na święta: nie chcesz, żeby twój wujek znowu się upił, ale skoro i tak to zrobi, to przynajmniej posadzisz go jak najdalej od dziecka z saksofonem. *** Tu wchodzimy w strefę ekstremalną: czy Judasz był narzędziem? Nie człowiekiem, tylko trybikiem. Nie duszą, tylko kostką domina. Bo jeśli tak - jeśli Bóg go użył, wiedząc, że upadnie - to czy Judasz nie jest ofiarą boskiego planu? Ale jeśli nie - jeśli miał wybór, miał szansę, mógł powiedzieć „nie”, mógł uciec, wrócić, przeprosić - to dlaczego nie zrobił tego? Dlaczego zamiast wrócić jak Piotr, który też się zaparł, poszedł się powiesić? *** A może to właśnie różnica między nim a Piotrem? Piotr się załamał, ale uwierzył w przebaczenie. Judasz się załamał i… nie uwierzył w nic. I to właśnie może być prawdziwa tragedia Judasza. Nie to, że zdradził - tylko to, że nie wierzył, że może być kochany po zdradzie. Że nie uwierzył w przebaczenie. *** Miłosierdzie, czyli czy nawet Judasz ma szansę na niedzielny obiad w niebie ~ Wyobraź sobie niebo. Nie to białe, z chmurkami i aniołami grającymi na fletach. Tylko takie, w którym można usiąść w dresie, pogadać i nikt cię nie ocenia. Wyobraź sobie, że tam jesteś, popijasz coś z boskiej kuchni i widzisz, jak drzwi się otwierają. Wchodzi Judasz. Co czujesz? Zdziwienie? Oburzenie? Złość? A teraz pytanie ważniejsze: czy jesteś pewien, że sam masz tam być? *** Kościół nigdy nie ogłosił, że Judasz jest w piekle. Nie ma go w oficjalnym katalogu potępionych. Nie znajdziesz go w podręcznikach dla dzieci w rubryce „źli ludzie, którzy przegrali”. I nie dlatego, że go lubimy - tylko dlatego, że Bóg nie działa według naszych list i uprzedzeń. *** W „Boskiej komedii” Dante wrzuca Judasza do samego dna piekła - z twarzą w pysku Lucyfera, jakby nawet diabeł miał go dość. Ale Ewangelia mówi coś innego. Jezus nie przeklina Judasza. Nie krzyczy, nie rzuca błyskawic. Mówi: „Przyjacielu, po coś przyszedł?” Mówi to do człowieka, który go całuje i wydaje. Mówi „przyjacielu” - nie z ironią, nie z teatralną litością. Tylko tak, jakby nadal widział w nim coś, czego nikt już nie chciał zobaczyć. *** Możesz powiedzieć: to niemożliwe. Zdrada jest zdradą. Miłosierdzie ma granice. Ale to właśnie w tym tkwi siła Ewangelii: ona nie działa według naszej sprawiedliwości. Bo jeśli zbawienie jest tylko dla tych, którzy „mniej zawinili”, to nikt się nie załapie. Jeśli jest dla tych, którzy nie zdradzili, to wypadają: Piotr, uczniowie, ty, ja. Zostaje tylko Jan i może Maria. I co z tego? Czy nie chodziło właśnie o to, że wszyscy zawiedli, a On i tak przeszedł przez krzyż? *** Może najgłębszy grzech Judasza to nie zdrada, ale rozpacz. To, że nie uwierzył, że Bóg mógłby go jeszcze chcieć. Można powiedzieć, że Judasz nie został potępiony przez Boga, tylko przez siebie samego. Bo Bóg może wszystko, ale nie wtargnie do serca, które zamyka się od środka. *** I teraz pytanie, którego nikt nie chce zadać na głos: - A jeśli Judasz się uratował? Jeśli tuż przed ostatnim oddechem, między sznurem a rozpaczą, wyszeptał: „Zlituj się”? Jeśli Jezus, który umierał z otwartymi ramionami, zabrał go z sobą, tak jak łotra po prawej stronie? Nie wiemy. Ale jeśli tak - to każdy z nas ma szansę. *** Judasz staje się ikoną człowieka, który zrobił coś nie do naprawienia. Nie dlatego, że Bóg nie mógłby tego naprawić. Tylko dlatego, że on sam nie wyobrażał sobie, że można go jeszcze kochać. A przecież właśnie po to przyszedł Jezus: - żeby zabrać na siebie także ten rodzaj rozpaczy. *** Dlatego mam taką cichą, niedzielną nadzieję, że kiedyś, w tej niebiańskiej kuchni, spotkam Judasza przy herbacie. Nie będzie mówił dużo. Nie musi. Wystarczy, że będzie. Bo jeśli on tam będzie - to znaczy, że naprawdę nikt nie jest stracony. *** Judasz i ja ~ Wyobraź to sobie raz jeszcze. Mała, cicha kuchnia po drugiej stronie rzeczywistości. Światło nie razi. Czas nie płynie. Nikt nie sprawdza telefonu. Judasz siedzi przy stole. Nie mówi. Nie musi. Jezus nalewa herbatę. Zwyczajnie. Bez cudu, bez fanfar, bez przemieniania w wino. - Zdradziłem Cię - mówi Judasz. - Wiem - mówi Jezus. - Nie dlatego, że chciałem Cię skrzywdzić. - Po prostu… nie wiedziałem, jak być wierny, kiedy zawiodły moje wyobrażenia o Tobie. - Wiem. - Myślałem, że robisz za mało. Że trzeba to przyspieszyć. Że jeśli zginiesz, coś wreszcie się wydarzy. – I wydarzyło się. - Ale nie tak miało być. - A jak miało być? – Że zwyciężysz. - Że uratujesz wszystko. - Że nie umrzesz. - A może właśnie tak się ratuje wszystko? - Poprzez zdradę? - Poprzez miłość, która obejmuje nawet zdradę. Judasz płacze. Nie jak ktoś skruszony, tylko jak ktoś, kto przestał się nienawidzić. To pierwszy płacz, który nie zżera go od środka. I może wtedy właśnie rozumiemy coś ważnego. Nie o nim. O sobie. *** Bo zdrada - ta najgłębsza - nie zaczyna się w wielkim akcie zdradzenia Boga. Zaczyna się wcześniej. Zaczyna się wtedy, gdy rezygnujemy z tego, co trudne, ale prawdziwe, na rzecz czegoś, co daje szybką ulgę: sarkazm zamiast przebaczenia, ucieczka zamiast rozmowy, zdrada zamiast pokornego czekania. W tym sensie zdrada jest wpisana w człowieka. Jest naszym sposobem na poradzenie sobie z własnym lękiem, zranieniem, rozczarowaniem. I nie zawsze robimy to, by kogoś zniszczyć. Czasem tylko dlatego, że chcemy przestać cierpieć. Nawet kosztem drugiego. *** A co, jeśli to ciebie zdradziła żona? Syn, który patrzy na ciebie, jakbyś był nikim? Ktoś, kogo kochałeś bardziej niż samego siebie, a kto dziś żyje, jakby cię nie było? Czy to ma jakiś sens? Nie widać go od razu. W pierwszym momencie boli tak, że chcesz zniknąć z siebie samego. Ale z czasem… może przychodzi inne zrozumienie. Zdrada mówi: „Nie spełniłeś moich oczekiwań.” Miłość mówi: „Nawet wtedy, nadal jesteś wart obecności.” *** I być może o to właśnie chodziło w tej historii z Judaszem. Nie żebyśmy go uniewinnili. Nie żebyśmy naśladowali. Ale żebyśmy zobaczyli, że zdrada - ta w nas i ta wobec nas - nie jest ostatnim słowem. Że zdrada boli, ale nie musi zabić sensu. Bo tam, gdzie została rana, można spotkać Tego, który też został zdradzony - i przyszedł nie z zemstą, lecz z herbatą. (Fragment eseju „Ja Judasz”, 2022-2025) *** Modlitwa człowieka zdradzonego Boże, nie pytam dziś „dlaczego”, bo wiem, że nie ma odpowiedzi, która zabrałaby ból. Nie proszę, byś cofnął czas. Nie proszę, byś sprawił, że ona mnie pokocha na nowo, bo tego na pewno nie chcę, albo że on, mój syn, przypomni sobie, że miałem serce, choć na to liczę. Proszę tylko o jedno: - nie pozwól mi zatwardzić się jak Judasz. Nie pozwól, żebym zatrzasnął się w rozpaczy, żebym uwierzył, że nie warto już być dobrym, że miłość to słabość, a wierność to naiwność dla głupców. Boże zdradzonego serca, Ty wiesz, co znaczy być pocałowany i porzucony. Znasz smak noża, który wbija ktoś bliski. Znasz ciszę po odejściu. Pomóż mi wytrwać w tej ciszy, nie zamieniając jej w mur. Niech nie zatruję się zgorzknieniem. Niech nie żyję zemstą. Niech nie zamienię jej twarzy w karykaturę, ani wspomnień - w broń. Boże, jeśli miłość ma sens tylko wtedy, gdy wszystko dobrze się kończy, to znaczy, że nigdy nie miała sensu. A ja chcę wierzyć, że miała. Że moje „tak” miało znaczenie, nawet jeśli drugie „tak” zniknęło. Daj mi nie być Judaszowym cieniem. Daj mi być Piotrem po łzach, człowiekiem, który zawiódł, ale został bo uwierzył, że można jeszcze kochać. Boże zdradzonego serca, bądź przy mnie, gdy nie ma już nikogo. I naucz mnie jeszcze raz zaufać. I jeszcze raz. Aż do końca. Amen.