Istnieje pewien rodzaj współczesnego człowieka i nie jest to wcale typ marginalny, przeciwnie, spotyka się go w pociągach, marketach budowlanych, kancelariach prawnych, gabinetach dietetycznych, na siłowniach oraz w komentarzach pod filmikami o samorozwoju, który z jednej strony deklaruje głębokie pragnienie sensu, prawdy, Boga, miłości, duchowego pokoju i autentyczności, z drugiej natomiast żyje tak, jakby najważniejszym organem poznawczym była zmęczona powieka przesuwająca kolejne rolki na telefonie. I właśnie do takiego człowieka, czyli w gruncie rzeczy do nas wszystkich, Paweł kieruje pytanie tak logiczne, że aż nieprzyjemne, ponieważ rozbiera nasze religijne pozy na części pierwsze, nie używając przy tym ani jednego teatralnego gestu. „Jak jednak mają wzywać, skoro w Niego nie uwierzyli?” To pytanie nie jest jeszcze oskarżeniem. Ono przypomina raczej chłodne stwierdzenie faktu, podobne do sytuacji, w której ktoś pyta mężczyznę po trzecim rozwodzie, dlaczego nadal nie ufa ludziom, a on odpowiada z oburzeniem, jakby świat zdradził wyłącznie jego, choć sam od lat budował relacje z dokładnością hydraulika montującego rury pod ciśnieniem bez uszczelek. Paweł zaczyna od rzeczy podstawowej: - człowiek nie będzie wołał do kogoś, komu nie ufa ani oddawał serca komuś, kogo uważa za fikcję, dekorację kulturową albo religijny odpowiednik gaśnicy wiszącej na ścianie: niby dobrze, że jest, ale najlepiej, żeby nigdy nie trzeba było jej używać. A przecież większość ludzi nie odrzuca Boga z pełnym przekonaniem filozofa. To byłoby jeszcze uczciwe. Znacznie częściej przypomina to powolne zobojętnienie człowieka, który przestał nasłuchiwać czegokolwiek poza własnym ego. Człowiek współczesny nie tyle walczy z transcendencją, ile zagłusza ją nieustannym szmerem codzienności. Kupuje rzeczy, których nie potrzebuje, by zaimponować ludziom, których nie lubi, a później dziwi się, że modlitwa wydaje mu się sztuczna, skoro od lat nie usiadł w ciszy dłużej niż trwa reklama suplementu na wątrobę. „A jak uwierzyć, skoro Go nie słyszeli?” Tutaj tekst staje się jeszcze bardziej niewygodny, ponieważ Paweł rozbija bardzo modne współcześnie przekonanie, według którego prawda objawia się człowiekowi automatycznie, niemal jak wyskakujące okienko w aplikacji. Tymczasem wiara, w sensie biblijnym, rodzi się ze słuchania. Nie z przeczucia, obrzędowej estetyki, czy z memów z zachodem słońca i cytatem przypisywanym przypadkowo Buddzie, Jezusowi albo Paulo Coelho jednocześnie. - Ze słuchania. To niezwykle pokorne słowo, które współczesna kultura właściwie znienawidziła, ponieważ słuchanie wymaga zatrzymania własnego ego, a dzisiejszy człowiek został wychowany raczej do nadawania niż odbioru. Każdy ma opinię, „swoją prawdę”. Każdy coś komunikuje. Niewielu jeszcze naprawdę słucha. Nawet w relacjach intymnych ludzie coraz częściej nie rozmawiają ze sobą, lecz czekają, aż druga osoba skończy mówić, aby mogli kontynuować własny monolog, który rozpoczęli mentalnie już trzy zdania wcześniej. I dlatego tak wielu ludzi nie słyszy Boga nie dlatego, że On milczy, ale że ich wnętrze przypomina dworzec kolejowy w godzinach szczytu, gdzie każdy komunikat miesza się z reklamą kebabu, powiadomieniem bankowym i lękiem przed samotnością. „Jak usłyszeć bez kogoś, kto głosi?” Tutaj Paweł wykonuje ruch najbardziej ryzykowny, ponieważ przypomina coś, czego nowoczesny człowiek wyjątkowo nie lubi: - że potrzebuje drugiego człowieka. Nie influencera albo algorytmu, czy podcastera mówiącego głosem człowieka, który wygląda, jakby nigdy nie płakał w łazience po cudzym odejściu. Kogoś żywego, kto sam przeszedł przez noc. Chrześcijaństwo od początku było religią głosu. Nie chodziło o perfekcję czy kryształowy wizerunek. Chodziło o GŁOS. Drżący, czasem niepewny, wręcz żałosny. Ewangelii nie nieśli ludzie nieskazitelni, ale rybacy, tchórze, neurotycy, byli fanatycy, ex zdrajcy, ludzie, którzy jeszcze chwilę wcześniej uciekali spod krzyża szybciej niż współczesny człowiek ucieka od własnego sumienia w pracę albo seriale. I tutaj zaczyna się prawdziwa konfrontacja, ponieważ wielu ludzi bardzo chce słyszeć Boga, o ile przemówi On w sposób wygodny, estetyczny i nienaruszający ich autonomii. Najlepiej subtelnie, najlepiej bez wymagań, tak, by można było się wzruszyć, ale niczego nie zmieniać. Tymczasem Bóg, co pokazuje cała Biblia, najczęściej przychodzi przez czyjeś słowo. Czasem nieporadne, bywa, że niewygodne, wypowiedziane przez człowieka, którego sami byśmy nie zaprosili na kawę. A więc pytanie brzmi nie tylko: - czy głosisz? Brzmi: - czy jeszcze potrafisz słuchać? Bo może największą tragedią współczesnego człowieka nie jest to, że utracił wiarę, lecz że tak długo ćwiczył się w zagłuszaniu wszystkiego, co niewygodne, iż nawet gdy prawda staje obok niego i mówi ludzkim głosem, bierze ją za niepotrzebny zgiełk.
Istnieje pewien rodzaj współczesnego człowieka i nie…
Istnieje pewien rodzaj współczesnego człowieka i nie jest to wcale typ marginalny, przeciwnie, spotyka się go w pociągach, marketach budowlanych, kancelariach prawnych, gabinetach dietetycznych, na siłowniach oraz w…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.