Halinka przyszła na terapię z kartką w dłoni. Drżała lekko, ale tylko z lewej strony, bo prawa od lat służyła wyłącznie do obsługi pilota. Kartka była wydrukowana w kolorze luksus, który w jej bloku uchodził za ekstrawagancję tuż obok sushi i podwójnej firanki. - Jeśli życie daje ci cytrynę, zrób z niej lemoniadę - przeczytała na głos, z dumą, że pamięta, gdzie schowała okulary. - Ale ja, panie terapeuto, ja już tę lemoniadę zrobiłam. - I co dalej? Patrzyła na mnie jak kobieta, która nie przyszła po zrozumienie, tylko po zwrot za słoik. Usiadłem wygodniej. Te sesje miały tendencję do przemiany w egzystencjalne karaoke, nie wiadomo, kto zacznie, ale ktoś na pewno zaśpiewa. - Zrobiłam lemoniadę. Nawet z miętą. A mąż dalej mówi do mnie “pani Halinko”. Pani Halinko! Jakbym była jego opiekunką, a nie kobietą, z którą dzieli lodówkę i cichy rozwód od 2008. Wzruszyła ramionami, jakby to były nie jej ramiona, tylko cudze, wypożyczone na karnawałowe conieco. - I jeszcze ta sąsiadka. - Wywiesza pranie o tej samej godzinie co ja. Zawsze. Nawet jak zmieniam. Ona zmienia też. - Przypadek? Nie sądzę. Milczenie, które nastało, miało ciężar dużej dyni. Wypełniłem je bez przekonania. - Może… cytryna to tylko metafora. - Może nie chodzi o lemoniadę. - Może chodzi o to, żeby się nią nie zadławić. Halinka patrzyła tak, jakby właśnie się dowiedziała, że w biblii nie ma nic o cytrynach. - A co, jak ja się już zadławiłam i popiłam herbatą? I dalej nic? - Dalej siedzę w tym życiu jak plaster na łokciu. - Niby pomaga, ale śmierdzi klejem? Westchnąłem. Po latach prowadzenia takich rozmów wiedziałem jedno: - nic nie działa na ludzi tak jak przypowieść, która udaje, że nie jest przypowieścią. - Pani Halinko - zacząłem tonem księdza po przejściach - Jezus rozmnożył chleb, a potem… kazał zebrać resztki - Może Pani też musi pozbierać. Nie tylko cytryny, ale i siebie. Zmarszczyła nos. Znałem ten grymas. Oznaczał: “uważam, że gada pan głupoty, ale nie mam teraz alternatywy”. - Czyli co? Mam robić konfiturę z przykrości? - Może raczej stoisko z lemoniadą. Z marżą. Dla siebie. I tabliczką: „Za uśmiech - gratis. Za ignorancję - podwójna cena.” Uśmiechnęła się. I to nie tym uśmiechem z obowiązku, który pokazuje tylko dwa zęby i jeden z nich od dawna martwy, ale naprawdę. A potem spytała: - A jak mąż dalej mówi do mnie „pani Halinko”? Pomyślałem chwilę. - To Pani mu odpowiada: „Panie Andrzeju, Bóg zmieniał ludziom imiona. Może czas i na Pana?” I wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Halinka się roześmiała. Prawdziwie. Głośno. Jakby pierwszy raz od lat wypiła coś innego niż herbatę z melisy. - A może zmienię mu nazwisko, albo sobie?! - zawołała i klasnęła w dłonie. - I powiem sąsiadce, że od teraz moje pranie będzie dyktować czas. Nie odwrotnie. Wstała, poprawiła sweter i powiedziała: - To była dobra sesja. Dużo cytryn. Ale jeszcze więcej mnie. I wyszła. Z kartką w torebce, planem na stoisko i uśmiechem, który pachniał miętą.