Gdzie kończy się bajka, a zaczyna metafizyka? Prawdopodobnie tam, gdzie ktoś próbuje opisać zło w sposób porządny, systematyczny, z numeracją i hierarchią. Bo ludzkość nie znosi chaosu. Jeśli coś nas przeraża, chcemy znać jego imię. A jeśli poznamy imię, możemy już mówić: idź precz, Asmodeuszu. W apokryfach i dawnych tekstach żydowskich każdy demon miał imiona, obowiązki i własną kartotekę w piekle. Niektórzy z nich przypominali bardziej urzędników niż potwory. Byli tacy, którzy władali chorobami, inni pragnieniami. Niektóre imiona do dziś brzmią jak echo ludzkich słabości: - Asmodeusz, demon pożądania, znany z Księgi Tobiasza, gdzie zabija kolejnych mężów Sary, zanim dotrą do nocy poślubnej. Nie nienawidzi miłości; on tylko nie znosi jej nieczystości. - Belial, duch anarchii i pogardy. W apokryfach mówi o sobie: „Nie ma dla mnie jarzma”. To brzmi jak motto wielu współczesnych korporacji. - Baal, Astarot, Behemot, Mammon - demony pychy, fałszywego bóstwa, obżarstwa, chciwości. Każdy z nich to właściwie archetyp jednej z siedmiu chorób duszy. Najpełniejszy katalog znajdziemy w Testamencie Salomona, tekście, który mógłby być podręcznikiem z demonologii praktycznej. Salomon, obdarzony pierścieniem przez Archanioła Michała, przywołuje kolejno duchy, przesłuchuje je i zapisuje ich słabości. Jeden z demonów przyznaje: „Jestem tym, który wzbudza gniew między mężem a żoną”. Inny mówi: „Wchodzę w kobiety przez sny, a potem rodzą się ich namiętności”. Jeszcze inny z rozbrajającą szczerością wyznaje: „Jestem tym, który podpowiada mądre słowa w złych momentach”. Czyli… klasyczny sabotażysta relacji. Tak, może to wszystko brzmi jak scenariusz grupy terapeutycznej dla bytów z problemami emocjonalnymi. Bo jeśli przyjrzeć się bliżej, to każdy z tych demonów jest nie tyle potworem, ile niedojrzałą emocją. Gniew, lęk, zazdrość, rozpacz: zrobione z tego samego materiału co my, tylko bez granic. Testament Salomona mówi, że każdy z nich ma swoją słabość; zioło, modlitwę, słowo, które go obezwładnia To ciekawe: nawet w mitycznej demonologii istnieje zasada równowagi. Nie ma absolutnego zła. Zawsze jest luka, przez którą przenika światło. W średniowieczu ta wizja rozrosła się do rozmiarów duchowego biurokratyzmu: katalogi piekieł, hierarchie, stopnie, legiony. Wszystko z potrzebą uporządkowania, jakby można było założyć księgę rachunkową na ciemność. Ale może to naturalne: ludzie epoki wiary bardziej bali się bezkształtności niż samego diabła. Lepiej wiedzieć, że Asmodeusz działa w poniedziałki, a Belial w czwartek, niż uznać, że zło jest wszędzie i w każdej chwili. W kabale demony (zwane klipot) nie są już potworami, lecz skorupami, pustymi naczyniami po Boskim świetle. Bóg stworzył świat, wlewając światło w naczynia, ale one pękły, i oto mamy rzeczywistość pełną odłamków. Demony to właśnie te odłamki, które nie chcą się pogodzić z utratą pełni. Brzmi znajomo? Tak, to trochę jak my. Każdy z nas ma w sobie rozbite naczynie i kilka demonów, które próbują posklejać je po swojemu. *** W tej części historii nie chodzi więc o strach, tylko o poznanie. Imię nadaje sens, a sens daje moc. To dlatego Jezus w Ewangeliach zawsze pyta: - Jak ci na imię? Nie z ciekawości, ale by przywrócić porządek. Bo zło bez imienia jest jak rana bez konturu, krwawi wszędzie. *** W kolejnym rozdziale zobaczymy, jak te starożytne wizje przeniknęły do naszej codzienności. Jak apokryficzne demony przebrały się w nowoczesne garnitury, logotypy i hasła motywacyjne. To będzie rozdział o demonach, które chodzą po ulicach.
Gdzie kończy się bajka, a zaczyna metafizyka?
Gdzie kończy się bajka, a zaczyna metafizyka? Prawdopodobnie tam, gdzie ktoś próbuje opisać zło w sposób porządny, systematyczny, z numeracją i hierarchią. Bo ludzkość nie znosi chaosu. Jeśli coś nas przeraża, chcemy…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.