Gdy byłem dzieckiem myślałem, że modlitwa to coś, co robią staruszki z różańcem, kiedy nie mają już siły na telewizję. Albo ludzie, którzy jeszcze nie zorientowali się, że świat działa jak fabryka: kleisz paciorki, póki ci palców nie przetnie. A potem - jeśli masz szczęście - ktoś cię pogłaszcze po głowie i powie: „Bóg cię kocha”. Kiedy pierwszy raz sięgnąłem po paciorki - nie z wiary, nie z obowiązku, tylko z bezradności - okazało się, że każda modlitwa to nie tylko słowo. To imię. A każde imię to relacja. I że nieważne, czy mówisz Jezu, Allah, Ojciec, Elohim, Miłosierny, Tata, Kyrie - pod palcami czujesz to samo bicie serca: własne i Jego. Bo… On zawsze tam jest. Niezmiennie. Jedyny. Chociaż każdy mówi do Niego trochę inaczej. W katolickim różańcu jest porządek. Dziesiątki. Tajemnice. Chronologia. Najpierw zwiastowanie, potem narodziny, aż po krzyż, aż po niebo. Jest rytm: Zdrowaś Maryjo, Ojcze nasz, Chwała Ojcu. I cisza pomiędzy. Kiedy ją odmawiasz - czy raczej: kiedy cię ona modli - zauważasz, że to nie tyle monolog, co dialog. Ty pytasz, Bóg milczy. Ale nie z obojętności. Tylko z szacunku. Żebyś sam usłyszał własne pytania. Bo to one są najbliżej prawdy. U protestantów - przynajmniej tych, którzy zaakceptowali paciorki po cichu, bez krucjaty - nie ma Maryi. Nie ma tajemnic bolesnych ani chwalebnych. Jest osobista droga. Czasem bardziej nieporadna, ale może przez to szczersza. Paciorki jako pomoc, nie rytuał. Możesz mówić, co chcesz. Możesz milczeć. I to jest piękne: że modlitwa nie musi mieć scenariusza, żeby być wysłuchaną. A potem Islam. Tasbih. Misbaha. Subha. Słowa inne, ale gest ten sam. Paciorki w dłoni. 99 imion Allaha. Ar-Rahman (Miłosierny), Al-Haqq (Prawda), Al-Latif (Delikatny). Kiedy wypowiadasz je po kolei, czujesz, że każde z tych imion to jak punkt światła - trochę inny kolor, trochę inne ciepło. Ale ten sam ogień. Jeden Bóg. Tylko poznawany przez różne okna. I może właśnie o to chodzi. Że Bóg, choć Jeden, jest tak niewyobrażalnie wielki, że człowiek musi Go dzielić na fragmenty. Na tytuły, jak rozdziały w książce. Bo nie ogarnie całości. Bo wiara nie jest nauką ścisłą, tylko miłością, a miłość nie znosi uogólnień. Człowiek w modlitwie - niezależnie, czy klęczy, siedzi, czy jedzie tramwajem - przypomina dziecko, które mówi: „Jestem tu. Widzisz mnie?” I modlitwa jest tym momentem, kiedy to dziecko, zamiast odpowiedzi, słyszy bicie serca po drugiej stronie. Może bez słów. Ale z pewnością. I wtedy już wie. Że nie jest samo. Nie trzeba wielkich słów. Można powiedzieć: - Bądź blisko. Można milczeć z różańcem. Można szeptać po arabsku. Można nawet się mylić w liczbach, bo nie Bóg liczy - my liczymy. On kocha. W moim domu paciorki czasem leżą obok kluczy. Czasem obok noża do chleba. Zwyczajne. Trochę jak życie. I właśnie wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewasz, dotykasz ich - i przez chwilę masz wrażenie, że jesteś bliżej Tego, który zna cię po imieniu. Po twoim imieniu, nie tym, które wymyśliłeś dla świata. Bo może to właśnie jest sens modlitwy: by wracać do siebie. A przez siebie - do Tego, który zawsze był. Jest. I będzie. „Ja jestem, który jestem” - mówi Bóg do Mojżesza. Nie „Ten, który karze”. Nie „Ten, który dzieli”. Tylko: Jestem. Czyli: Jestem z tobą. W paciorkach. W dłoni. W ciszy. I w imionach, które powtarzasz, żeby nie zwariować! Amen. Alhamdulillah. Dziękuję.
Modlitwa nie jest rozmową telefoniczną
Gdy byłem dzieckiem myślałem, że modlitwa to coś, co robią staruszki z różańcem, kiedy nie mają już siły na telewizję. Albo ludzie, którzy jeszcze nie zorientowali się, że świat działa jak fabryka: kleisz paciorki, póki…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.