Drugi tydzień Adwentu nie wchodzi w życie z wielkim hałasem. Nie ma w nim nagłego „teraz wszystko się zmieni”. Jest raczej coś, co przypomina pierwsze poruszenie serca po długiej ciszy. To ten moment, w którym człowiek nie wie jeszcze, co właściwie ma robić, ale coś, może Bóg, a może własna, dawno nieużywana tęsknota, zaczyna pukać od wewnątrz. W liturgii pojawia się Jan Chrzciciel. Biblia nie opisuje go jak bohatera z widowiskowej opowieści. Bardziej jak kogoś, kto zbyt długo żył w ciszy pustyni, żeby mówić głośno. Jego: „Przygotujcie drogę Panu” (Iz 40,3) To nie brzmi jak rozkaz. Brzmi jak prośba kogoś, kto zobaczył nadchodzące światło i nie chce, żeby człowiek przespał ten moment. Drugi tydzień Adwentu jest właśnie o tym, o zobaczeniu światła, które nie świeci jeszcze wystarczająco mocno, żeby coś zmienić na zewnątrz, ale zmienia sposób, w jaki patrzysz na własne życie. Kiedy prorok Izajasz woła: „Niech się podniosą wszystkie doliny, a góry i pagórki obniżą” (Iz 40,4), …mówi językiem pejzażu, ale trafia w środek ludzkiej psychiki. Doliny to te miejsca, które są w nas zbyt niskie, żeby człowiek mógł spokojnie w nich stanąć. Góry, te ambicje, pretensje i lęki, które wyrosły za wysoko, jakby miały nas chronić przed rozczarowaniem, a tylko zasłoniły horyzont. Izajasz nie proponuje rewolucji. Proponuje wyrównanie terenu. Delikatne, powolne oddechy. Oczyszczenie wnętrza, nie po to, by było idealne, ale by było przejezdne. *** Jan nad Jordanem mówi: „Ja chrzczę wodą… lecz Ten, który idzie za mną, jest mocniejszy” (Mt 3,11). To jedno z najważniejszych zdań Adwentu. Bo w nim człowiek uczy się czegoś, co nie przychodzi naturalnie: że przygotowanie drogi to jedno, a zbawienie, drugie. Że można zrobić tylko tyle, na ile ma się siłę. A resztę trzeba pozostawić Temu, który działa ciszej niż człowiek by chciał, ale skuteczniej niż człowiek potrafi. Drugi tydzień Adwentu uczy, że Bóg naprawdę nie przychodzi z presją. Że nie otwiera drzwi kopnięciem. Wchodzi tak, jak wchodzi światło drugiej świecy; z wahaniem, ledwie zauważalnie, lecz na tyle jasno, by człowiek zaczął widzieć, gdzie kończy się lęk, a zaczyna nadzieja. Biblia pełna jest momentów, w których Bóg wybiera szept zamiast pioruna: „Po trzęsieniu ziemi, ogień, a po ogniu, szmer łagodnego powiewu” (1 Krl 19,12). Eliasz dopiero w tym powiewie rozpoznał Boga. Drugi tydzień Adwentu przypomina, że człowiek zazwyczaj też potrzebuje czegoś tak subtelnego, że niepostrzeżenie to łagodny powiew staje się lekarstwem. (Ale czasem także… trzęsienie ziemi!) I może dlatego, kiedy zapalasz drugą świecę, nic spektakularnego się nie zmienia. Świat zostaje taki sam. Ból zostaje. Zmęczenie zostaje. Ale pojawia się coś, czego wcześniej nie było: - cicha zgoda serca, że warto poczekać. - Że droga, choć jeszcze długa, jest już naprawdę otwarta. Drugi tydzień Adwentu jest małą szkołą nadziei. Nie tej radosnej, głośnej, pewnej siebie. Tylko tej, która trwa w ciszy i mówi: - Jeszcze nie widzę, ale już wierzę, że On jest blisko.
Drugi tydzień Adwentu nie wchodzi w życie…
Drugi tydzień Adwentu nie wchodzi w życie z wielkim hałasem. Nie ma w nim nagłego „teraz wszystko się zmieni”. Jest raczej coś, co przypomina pierwsze poruszenie serca po długiej ciszy. To ten moment, w którym człowiek…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.