Drogi M., kiedy pytasz mnie, dlaczego dekady temu porzuciłem Kościół rzymskokatolicki i ostatecznie zaparkowałem w rejestrze kościoła starokatolickiego gdzieś w Iowa, mam zwykle ochotę odpowiedzieć, że stało się to dokładnie pomiędzy jednym atakiem zgagi a kolejnym spotkaniem parafialnym, podczas którego ludzie bardziej interesowali się długością spódnicy organistki niż Ewangelią. Ale to byłoby zbyt proste. Prawda wygląda mniej dramatycznie i dużo bardziej żenująco, bo człowiek przez większość życia naprawdę chce wierzyć, że należy do właściwego miejsca. Nawet jeśli w tam od dawna śmierdzi starym dywanem, stresem i duchową biurokracją. Byłem bardzo rzymski. Taki typ człowieka, który potrafił godzinami tłumaczyć znajomym, dlaczego sukcesja apostolska jest ważna, choć sam nie miał sukcesji nawet w utrzymaniu zdrowych relacji. Czytałem Ojców Kościoła, sobory, dokumenty, apologetykę, a później, co (nie)okazało się błędem, zacząłem czytać historię bez potrzeby wygrywania dyskusji. I wtedy wszystko zaczęło się psuć. Bo kiedy człowiek uczciwie wejdzie w pierwsze wieki chrześcijaństwa, odkrywa rzeczy mało wygodne dla współczesnego katolickiego PR-u. Nagle okazuje się, że pierwsze wspólnoty nie przypominały dobrze zarządzanej globalnej organizacji zbawienia. Bardziej wyglądały jak grupa ludzi po emocjonalnym wypadku autobusowym, którzy próbują zrozumieć, dlaczego ich nauczyciel został zabity, a mimo to nadal mają wrażenie, że gdzieś obok jest obecny. Były kłótnie. Chaos. Lokalne interpretacje co białe a co czarne. Wzajemne pretensje. Paweł publicznie opieprzający Piotra. Ludzie modlący się po domach, magazynach i warsztatach, a nie w marmurowych salach przypominających lobby banku inwestycyjnego. Im bardziej w to wchodziłem, tym mocniej miałem poczucie, że współczesny katolicyzm opowiada własną historię trochę tak, jak firmy technologiczne opowiadają o swoich garażowych początkach: dużo romantyzmu, mało informacji o chaosie, konfliktach i ludziach rzucających w siebie krzesłami. Najbardziej jednak zmęczyło mnie coś innego. Religijna obsesja przyzwoitości. To nie jest nawet kwestia doktryny. Bardziej klimatu psychicznego. Człowiek chodzi do kościoła i po pewnym czasie zaczyna mieć wrażenie, że wszyscy biorą udział w gigantycznym konkursie pod tytułem „kto wygląda stabilniej emocjonalnie”. Ludzie mówią o Bogu, ale tonem działu HR podczas rozmowy dyscyplinującej. I nagle czytasz Ewangelię, a tam Jezus zachowuje się jak ktoś kompletnie nieprzystosowany do współczesnej religijności. Ciągle siedzi z ludźmi, którzy mają bałagan w życiu. Rozmawia z kobietą po kilku relacjach. Idzie do kombinatora podatkowego. Broni cudzołożnicy. Nie sprawdza wcześniej ich zdolności kredytowej duszy. Nie każe im najpierw doprowadzić życia do porządku, a dopiero później podejść do stołu. To było dla mnie coraz trudniejsze do pogodzenia z rzeczywistością Kościoła, w którym bardzo często więcej energii poświęca się ochronie instytucjonalnego autorytetu niż człowiekowi siedzącemu samotnie wieczorem i zastanawiającemu się, czy Bóg jeszcze go toleruje. A potem przyszło życie, które, jak wiadomo, jest wybitnym specjalistą od rozwalania teologicznych dekoracji. Rozpadły się różne rzeczy. Kilka relacji. Mnóstwo wyobrażeń o sobie. Trochę zdrowia. I zauważyłem wtedy coś dość nieprzyjemnego: im bardziej człowiek jest połamany, tym gorzej znosi religię opartą głównie na zarządzaniu poczuciem winy i wizerunkiem. Potrzebowałem wspólnoty, w której nie trzeba wyglądać jak folder pielgrzymki rodzin katolickich sponsorowanej przez bank i producenta jogurtów. Tak trafiłem do starokatolików. Nie dlatego, że uważam ich za jedyny prawdziwy Kościół świata, bo od ludzi przekonanych, że posiadają pełną i ostateczną prawdę, dostaję dziś lekkiej tachykardii. Raczej dlatego, że po raz pierwszy od dawna miałem wrażenie, iż znajduję się w miejscu, które nie próbuje udawać cesarstwa. Nikt tam nie zachowuje się jak duchowy menedżer regionu i nie mówi o sobie tonem właściciela Boga. Są ludzie. Liturgia. Ewangelia. Trochę zmęczenia. Szczypta nadziei. I dziwne poczucie, że Jezus prawdopodobnie lepiej czułby się przy składanych krzesłach w salce obok pola kukurydzy niż na konferencji poświęconej optymalizacji duszpasterstwa premium. Najuczciwiej mogę więc powiedzieć tak: nie odszedłem dlatego, że przestałem wierzyć w Chrystusa tylko dlatego, że coraz trudniej było mi wierzyć, iż imperium zbudowane wokół Niego nadal pamięta, kim był człowiek z Galilei. Nie zachęcam cię do odejścia. Zostań i może… przestań się w końcu naginać, skoro tak wiele ci uwiera? Bo przecież tak też można odzyskać wiarę, nadzieję i siebie. A wtedy On zajmie się resztą.