Czy jeszcze mnie kochasz, Boże? Czym jest sakrament, kiedy się zaczyna i czy Bóg był przy tym obecny? Zacznijmy od początku, czyli od niczego. Dwoje ludzi patrzy sobie w oczy. Z początku są dziecinni, nieporadni, zakochani. Dłonie drżą, słowa śliskie od potu i śliny. W tej intymności jeszcze nie ma Kościoła, jeszcze nie ma księdza, jeszcze nie ma mosiężnych lichtarzy. Ale jest miłość. I to, według Kościoła katolickiego, już wtedy jest zalążek sakramentu. Potem, przez wieki, ludzie próbowali to okiełznać. Małżeństwo było kontraktem. Własnością. Układem między rodami. Chrystus to widział i powiedział: „Nie tak miało być od początku.” (Mt 19,8) I Kościół zrozumiał, że miłość między kobietą a mężczyzną, jeśli naprawdę jest ofiarna, trwała i oparta na wolności, jest święta. Dlatego sakrament / czyli znak obecności Boga w tym, co ludzkie - zaczął się nie w przepisach, ale w sercu. Kościół potwierdził to na Soborze Trydenckim. Ale wcześniej - już w Ewangeliach - Jezus powiedział: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela.” A potem, jakby wiedział, że i tak spróbujemy, spojrzał na Piotra i powiedział: „Ale jeśli upadniesz… wróć.” *** Czy rozwodnicy są skreśleni z listy zbawionych? Tu zaczyna się ta część, gdzie wielu ludzi myśli, że Kościół to system kas fiskalnych - albo masz ważny paragon sakramentalny, albo nie dostaniesz towaru. Ale Kościół, mimo wszystko, nie jest sklepem. Kościół mówi: „Jeśli zawarłeś związek małżeński przed Bogiem - nie możesz wejść w nowy, dopóki ten pierwszy istnieje.” Brzmi to twardo. Bo jest twarde. Ale też - logiczne, jeśli miłość ma być na serio. Problem w tym, że miłość się czasem psuje. I nie zawsze z czyjejś winy. A więc są ci wszyscy rozwiedzeni. Miliony ludzi, którzy złożyli przysięgę, a potem życie włożyło kij w szprychy. Czy są wykluczeni? Nie. Ale są zaproszeni do drogi trudniejszej. Nie zawsze mogą przystępować do Komunii. Nie zawsze czują się „na miejscu” w ławce Kościoła. Ale nie są skreśleni. Bo - i tu Franciszek się kłania - Kościół (rzymsko-katolicki) to szpital polowy, nie muzeum świętych. *** A muzułmanie? A buddyści? A ci wszyscy cudowni, dobzi, wrażliwi ludzie, którzy nigdy nie słyszeli Ewangelii? Przecież żyją w związkach niesakramentalnych… No właśnie. Tu zaczyna się kręcenie się po kuchni Pana Boga, kiedy próbujemy zajrzeć Mu do garnka i sprawdzić, czy gotuje tylko dla swoich. Ale nie gotuje. Bóg - jeśli Go w ogóle próbować pojąć – jest ojcem wszystkich dzieci, nie tylko tych ochrzczonych. Katechizm Kościoła Rzymsko-Katolickiego mówi to wyraźnie: „Ci, którzy nie znają Ewangelii, ale szczerze szukają Boga i żyją zgodnie z sumieniem - mogą być zbawieni.” To znaczy: muzułmanin, który kocha prawdę bardziej niż siebie, może być bliżej Boga niż katolik, który siedzi w pierwszej ławce, ale serce trzyma na smyczy chciwości. To znaczy: buddyjski mnich, który całe życie słuchał ciszy i pomagał ludziom - nie zostanie wykluczony tylko dlatego, że nie znał Credo. To znaczy: Bóg jest większy niż nasze systemy. Nie jest związany sakramentem - ale sakrament jest związany z Nim. *** Czy większość ludzi pójdzie do piekła? Nie. A jeśli tak będzie - to nie dlatego, że nie byli ochrzczeni, ale że odwrócili się plecami do miłości, kiedy przyszła. Nie wiemy, kto będzie zbawiony. Ale wiemy jedno: „Bóg pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni.” (1 Tm 2,4) To brzmi jak desperacja Miłości. Jak matka, która czeka na syna pod oknem więzienia. Jak ojciec, który szykuje kolację dla dziecka, które nie wraca. To trochę tak, że Bóg wygląda trochę jak listonosz z łzami w oczach, który mimo wszystko codziennie wrzuca do naszej skrzynki zaproszenie: „Wróć. Wiem, że boli. Ale wróć.” *** A jeśli jestem po rozwodzie? A jeśli znów się zakochałem? A jeśli to wszystko mnie przerasta? To znaczy, że jesteś człowiekiem. A Kościół - jeśli ma być czymkolwiek więcej niż instytucją - musi być miejscem, gdzie człowiek może przyznać się, że nie daje rady - i nie zostać wyrzucony. Bóg się nie zniechęca, to duchowni zawodzą. Nawet jeśli ty zawiodłeś. Nawet jeśli przysiągłeś i złamałeś. Nawet jeśli kochasz kogoś, kogo - według prawa - nie wolno ci kochać. Bo On kocha bardziej niż Kościół rozumie. *** Nie zrozum mnie źle - sakramenty są ważne. To nie przypadkowe znaczki. To Boże dotknięcia. Ale jeśli ich nie masz - albo zgubiłeś - Bóg nie zamyka przed tobą drzwi. Miłość Boga nie jest punktem do zdobycia. Nie jest medalem, który się wręcza tylko wytrwałym. To ogień, który czeka, aż podłożysz zmarznięte ręce. *** Zostawiam Cię z pytaniem, które może uratować niejedną noc: „Czy jeszcze mnie kochasz, Boże?” - Tak, bardziej niż kiedykolwiek. *** KALENDARIA Pierwsze Kalendarium - Jak małżeństwo stało się sakramentem Początek tej drogi nie przypomina uchwały ani rozporządzenia. Zaczyna się od słów Jezusa zapisanych w Ewangelii według św. Mateusza, gdzie mówi: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela.” To było około roku 30 naszej ery. Tam pierwszy raz wybrzmiała idea nierozerwalności małżeństwa - ale jeszcze bez słowa „sakrament”. W kolejnych wiekach, Ojcowie Kościoła - tacy jak św. Augustyn czy św. Ambroży - pisali o małżeństwie jako o rzeczy wielkiej i świętej, ale wciąż nie nazywali go jednym z sakramentów. Ich rozumienie dopiero dojrzewało. Dopiero w XII wieku, wraz z rozwojem teologii scholastycznej, św. Tomasz z Akwinu i jego poprzednicy zaczęli formalnie mówić o małżeństwie jako jednym z siedmiu sakramentów ustanowionych przez Chrystusa. W 1184 roku Sobór Laterański III potępił bigamię i bronił jedności małżeństwa, co stanowiło przygotowanie pod dalsze kroki. W 1215 roku, Sobór Laterański IV wprowadził obowiązek ogłaszania zapowiedzi przed ślubem i obecności duchownego jako świadka - to był pierwszy wyraźny gest „sakramentalizacji” małżeństwa w praktyce duszpasterskiej. W 1439 roku, na Soborze Florenckim, małżeństwo zostało oficjalnie zaliczone do siedmiu sakramentów. To był przełom: uznano, że miłość ludzka, jeśli przeżywana z wiarą i w łasce, może być znakiem obecności Boga - na równi z Eucharystią czy kapłaństwem. Ale dopiero w 1563 roku, podczas Soboru Trydenckiego, wprowadzono formę kanoniczną, czyli wymóg, że ślub musi być zawarty publicznie, w obecności kapłana i dwóch świadków. To zabezpieczenie miało chronić sakrament przed tajnymi lub wymuszonymi związkami. W XX wieku rolę kluczową odegrały dwa Kodeksy Prawa Kanonicznego - ten z 1917 roku i ten obowiązujący do dziś, z 1983 roku, które dokładnie opisały, czym jest małżeństwo sakramentalne i jak się je zawiera. Wreszcie, w 2016 roku, papież Franciszek opublikował adhortację Amoris Laetitia, w której - nie zmieniając doktryny - zaprosił Kościół do miłosiernego spojrzenia na osoby rozwiedzione i żyjące w nowych związkach, zachęcając do duszpasterskiego towarzyszenia i rozeznawania. *** Drugie Kalendarium - Jak Kościół nauczył się rozpoznawać, kiedy małżeństwo w ogóle nie zaistniało Zanim ktokolwiek wymyślił pojęcie „unieważnienia”, Kościół po prostu rozpoznawał, czy dane małżeństwo było prawdziwe. W średniowieczu, od XIII do XVI wieku, diecezje prowadziły sądy biskupie, które rozpatrywały sprawy o tzw. nieważność - czyli brak sakramentu „na wejściu”, mimo zewnętrznej ceremonii. W 1741 roku papież Benedykt XIV wprowadził obowiązek obecności obrońcy węzła małżeńskiego - czyli kogoś, kto w trakcie procesu broni założenia, że małżeństwo jednak było ważne. Chodziło o to, by nie „rozwalać” sakramentu pod wpływem emocji. W 1917 roku pierwszy Kodeks Prawa Kanonicznego w historii Kościoła zebrał i uporządkował przepisy dotyczące małżeństwa. Znalazły się tam precyzyjne przesłanki nieważności - jak np. brak zgody, przymus, choroba psychiczna, impotencja, symulacja. W 1970 roku Paweł VI uprościł procedury sądowe w tzw. motu proprio „Causas matrimoniales”, aby uczynić je bardziej dostępnymi i duszpasterskimi. W 1983 roku, po reformach Soboru Watykańskiego II, ukazał się nowy Kodeks Prawa Kanonicznego. Wskazuje on jednoznacznie, że nie każda nieudana relacja oznacza nieważność, ale jeśli w chwili ślubu zabrakło wolności, intencji lub zdolności, to sakrament w ogóle się nie dokonał. W 2005 roku papież Benedykt XVI wezwał trybunały do większej rozwagi - aby z jednej strony nie rozdawać wyroków zbyt łatwo, ale z drugiej - nie zamykać drzwi przed tymi, którzy naprawdę nigdy nie zawarli małżeństwa sakramentalnego. W 2015 roku papież Franciszek wydał dokument Mitis Iudex Dominus Iesus, który wprowadził proces skrócony - bez konieczności dwóch zgodnych wyroków i z większym zaangażowaniem biskupa diecezjalnego. To była rewolucja: otwarto nowe drzwi dla ludzi zranionych, ale wierzących. A w 2023 roku - przyznano większe uprawnienia biskupom jako sędziom pierwszej instancji, by procesy o stwierdzenie nieważności mogły być bardziej duszpasterskie niż biurokratyczne. *** Modlitwa rozwiedzionego / rozwiedzionej (na dni, kiedy nie wiesz, czy jeszcze wolno Ci wierzyć w miłość) Boże, zaczęliśmy z dobrym sercem. Przysięgaliśmy przecież na Ciebie. Na życie. Na przyszłość. Na wszystko, co mieliśmy. A potem - coś się rozpadło. Nie wiem, kiedy dokładnie. Może między zmęczeniem a niezauważeniem. Może w słowie, którego nie cofnęliśmy. Może w ciszy, która urosła jak mur. Nie chcę już oceniać. Nie chcę win. Nie chcę krzyża zrobionego z akt rozwodowych. Chcę tylko wiedzieć, czy Ty, który jesteś Miłością, wciąż możesz mnie kochać, choć ja nie umiałem. Nie miałem siły walczyć dłużej. Albo nie potrafiłem przebaczyć. Albo przebaczałem za często. Dziś jestem sam. Z poczuciem klęski. Z dziećmi na zmianę. Z podwójną pościelą - i jedną stroną zimną. Ale żyję. I nie przestałem tęsknić. Za bliskością. Za dotykiem. Za tym, co święte - choć nieidealne. Boże, nie pytam, czy mi wybaczysz - wiem, że tak. Ale pytam: czy jeszcze mogę być dla kogoś darem? Czy mogę jeszcze kochać czysto, prawdziwie, nawet jeśli kiedyś się pogubiłem? Jeśli nie wolno mi zbliżyć się do ołtarza, - pozwól mi zbliżyć się do Ciebie. Do Twojego serca, które widzi głębiej niż prawo ustanowione przez ludzi. Nie jestem doskonały. Ale noszę w sobie echo miłości. Naucz mnie je usłyszeć. Amen.
Czy jeszcze mnie kochasz, Boże?
Czy jeszcze mnie kochasz, Boże? Czym jest sakrament, kiedy się zaczyna i czy Bóg był przy tym obecny? Zacznijmy od początku, czyli od niczego. Dwoje ludzi patrzy sobie w oczy. Z początku są dziecinni, nieporadni,…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.