Czy dobro można pogodzić z grzechem cudzołóstwa? To zdanie brzmi jak wyznanie bezradności albo prowokacja, ale w rzeczywistości jest jednym z najuczciwszych pytań, jakie może postawić człowiek wierzący. Bo nie rodzi się ani z buntu wobec Boga, ani z chęci relatywizowania zła, tylko z doświadczenia prawdziwego życia, w którym dobro i grzech nie występują w sterylnych laboratoriach, lecz w tych samych relacjach, ciałach i historiach. Chrześcijaństwo bywa przedstawiane tak, jakby odpowiedzi były proste, a normy jasne jak linia horyzontu. Tymczasem Ewangelia od początku była dramatem, a nie instrukcją obsługi. W Polsce na 100 zawartych małżeństw przypada około 28-40 rozwodów (rocznie). Czy w tej sytuacji dziesiątki tysięcy ludzi rok do roku, już skazanych jest na piekło? Cudzołóstwo jest grzechem, to nie podlega negocjacji ani w Piśmie Świętym, ani w Tradycji Kościoła. „Nie cudzołóż” należy do Dekalogu, a Jezus idzie jeszcze dalej, mówiąc: „Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już w swoim sercu dopuścił się z nią cudzołóstwa” (Mt 5,28). I właśnie dlatego problem nie polega na tym, że Kościół czegoś „nie rozumie”, lecz na tym, że życie często stawia człowieka w miejscu, w którym rozumienie nie wystarcza. Bo to samo doświadczenie, które Kościół nazywa grzechem, bywa przez ludzi przeżywane jako ratunek przed samobójstwem, rozpadem duszy, jako pierwszy moment bycia widzianym, wysłuchanym, nazwanym po imieniu. I wtedy pojawia się pęknięcie: - jak coś, co daje życie, może być jednocześnie moralnie nieuporządkowane? Chrześcijaństwo nigdy nie twierdziło, że w grzechu nie ma ziarna dobra. To byłoby banalne i nieprawdziwe. Grzech rzadko kusi złem w czystej postaci: - kusi dobrem oderwanym od prawdy. Święty Augustyn pisał, że zło nie ma własnej substancji, jest raczej „brakiem dobra” (privatio boni), jego zniekształceniem, przesunięciem. Cudzołóstwo niemal zawsze zaczyna się od dobra: potrzeby bliskości, uznania, czułości, rozmowy, bycia ważnym. Problem nie polega na tym, że to dobro jest fałszywe ale, że zostaje ono wyjęte z porządku prawdy i postawione przeciw niemu. Dlatego grzech cudzołóstwa nie opiera się na tym, że uczucie było złe tylko, że dobro zostało przeżyte kosztem wierności, zaufania i przysięgi, które nie są abstrakcją, lecz konkretną ochroną czyjegoś życia. Każda zdrada ma zawsze kogoś trzeciego: porzuconego małżonka, dzieci, samego siebie, który uczy się żyć w rozdwojeniu. I tu dochodzimy do punktu, w którym chrześcijaństwo przestaje być wygodne, bo nie pozwala ani demonizować dobra, ani użyć dobra jako alibi. Jezus w Ewangelii jest w tej kwestii bezlitosny dla uproszczeń. Z jednej strony nigdy nie relatywizuje cudzołóstwa. Z drugiej, nigdy nie zaczyna od potępienia osoby. Scena z kobietą przyłapaną na cudzołóstwie (J 8,1-11) jest tu kluczowa. Jezus nie mówi: „to, co zrobiłaś, było w porządku”. Ale też nie pozwala, by prawo stało się narzędziem przemocy. Najpierw rozbraja tłum, potem mówi: „Ja cię nie potępiam”, a dopiero na końcu: „Idź i nie grzesz więcej”. Kolejność jest tu teologią. Miłosierdzie nie zakrywa (usuwa) prawdy, ale prawda bez miłosierdzia staje się kamieniem. To prowadzi do pytania jeszcze trudniejszego: - co, jeśli cudzołożnicy pobiorą się i „staną w prawdzie”? W sensie ludzkim i prawnym odpowiedź jest prosta. Tak, mogą. Mogą przestać się ukrywać, przyjąć odpowiedzialność za skutku swojej decyzji, żyć jawnie, przestać ranić przez podwójne życie. Ale chrześcijańska prawda nie polega wyłącznie na aktualnym stanie rzeczy. Obejmuje całość historii. Ślub nie kasuje genezy relacji i nie unieważnia przysięgi złożonej wcześniej, nie resetuje pamięci. Dlatego Kościół mówi jasno: jeśli wcześniejsze małżeństwo było ważne sakramentalnie i nie zostało uznane za nieważne, nowy związek, nawet stabilny i pełen dobra, nie staje się sakramentalny przez sam fakt legalizacji. To jest moment, w którym wielu ludzi mówi: „Kościół nie ma miłosierdzia, ma tylko prawo”. Ale to nie jest cała prawda. Problem Kościoła nie leży w doktrynie, lecz w języku i w praktyce. Prawo chroni sakrament, bo sakrament chroni ludzi. Chroni ich przed tym, by miłość nie stała się jednorazowym kontraktem, a wierność nie była opcją. Ale prawo nie jest w stanie towarzyszyć. Towarzyszyć mogą tylko ludzie. I właśnie tutaj pojawia się Amoris laetitia. Nie jako rewolucja moralna, lecz jako próba przywrócenia realizmu Ewangelii. Nieżyjący Papież Franciszek nie zaczyna od przypisów ani od sporów o Komunię, tylko od ludzkiej, problematycznej codzienności. Pisze: „Nie można już powiedzieć, że wszyscy, którzy znajdują się w tak zwanej sytuacji nieregularnej, żyją w stanie grzechu śmiertelnego” (AL 301). To zdanie wywołało burzę, bo zostało odczytane ideologicznie. Tymczasem jest ono powtórzeniem klasycznej teologii moralnej: do grzechu śmiertelnego potrzebna jest nie tylko obiektywna materia, ale także pełna świadomość i pełna dobrowolność. Franciszek przypomina, że życie moralne nie jest automatem. Istnieją sytuacje, w których odpowiedzialność moralna jest ograniczona przez lęk, zależności, dzieci, presję, historię przemocy, nałogi, brak realnej wolności. To nie czyni zła dobrem. Ale sprawia, że Bóg patrzy na człowieka nie jak na paragraf, lecz jak na osobę. Dlatego papież pisze, że sumienie może rozpoznać nie tylko to, że dana sytuacja nie odpowiada obiektywnym wymaganiom Ewangelii, ale także to, co w danym momencie jest odpowiedzią najbardziej wielkoduszną (AL 303). Sumienie nie jest prywatnym zdaniem ani narzędziem samousprawiedliwienia. Jest miejscem dramatycznego rozeznania: - co dziś mogę uczynić, by nie pogłębiać zła, by chronić innych, siebie, by nie uciec od Boga? I tu pojawia się zdanie jeszcze odważniejsze: „Można uznać, że w pewnych sytuacjach obiektywnie nieuporządkowanych osoba może żyć w łasce Bożej” (AL 305). Nie dlatego, że grzech znika ale dlatego, że Bóg nie przestaje działać tam, gdzie człowiek nie jest jeszcze w stanie wszystkiego uporządkować. To prowadzi do pytania najbardziej osobistego: - jak żyć z Bogiem, kiedy nie da się żyć idealnie? Odpowiedź Ewangelii jest prosta i dlatego tak trudna do przyjęcia: nie udawać. Nie budować narracji obronnych: „to nie grzech”, ale też nie mówić: „jestem przekreślony”. Modlitwa człowieka w takiej sytuacji nie jest hymnem poprawności, lecz wyznaniem prawdy: „Boże, nie potrafię dziś żyć w pełnej zgodzie z tym, co wiem, że jest dobre, ale nie chcę Cię stracić”. Miłosierdzie nie polega na zakryciu (unieważnieniu) krzyża ale na tym, że człowiek nie zostaje pod nim sam. Dobro, które istnieje w relacjach nieuporządkowanych, nie jest iluzją, ale nie może stać się alibi. Trzeba je przyjąć bez legalizowania całości sytuacji. Troska, odpowiedzialność, wierność w tym co możliwe, wychowanie dzieci, uczciwość, modlitwa, służba; to nie są zamienniki sakramentu, lecz realne przestrzenie działania łaski. Cała ta droga nie ma prostego finału. Chrześcijaństwo nie obiecuje, że każde napięcie da się rozwiązać. Obiecuje, że w tym napięciu nie jesteśmy sami. „Bóg prowadzi człowieka nie z miejsca, w którym powinien być, lecz z miejsca, w którym naprawdę jest”. To zdanie nie jest usprawiedliwieniem grzechu. Jest obietnicą obecności, przeciwną wykluczeniu. Tylko w tej obecności możliwe jest powolne dojrzewanie prawdy, która nie przytłacza, lecz zbawia.
Czy dobro można pogodzić z grzechem cudzołóstwa?
Czy dobro można pogodzić z grzechem cudzołóstwa? To zdanie brzmi jak wyznanie bezradności albo prowokacja, ale w rzeczywistości jest jednym z najuczciwszych pytań, jakie może postawić człowiek wierzący. Bo nie rodzi się…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.