Człowiek zawsze chciał, żeby świat był sprawiedliwy. Żeby istniał jakiś równy rachunek, jakaś księga, w której wszystko się zgadza. Ktoś kocha, ktoś krzywdzi, ktoś płaci, ktoś dostaje zwrot. Gdzieś w środku nas jest dziecko, które chce wierzyć, że jeśli będziemy grzeczni, to życie się ułoży. Ale potem przychodzi dorosłość i nagle widać, że nie ma żadnej równowagi. Że dobrzy umierają pierwsi, a źli czasem śmieją się do końca. I że sprawiedliwość to coś, o czym mówimy, gdy nie możemy już mówić o nadziei. A jednak Paweł, ten uparty facet z listów do Rzymian, mówi coś takiego: - sprawiedliwy żyć będzie z wiary. Nie z uczynków. Nie z porządku moralnego. Nie z tego, że rozumiemy sens. Z wiary. To brzmi jak kpina, dopóki człowiek nie spróbuje sam zasłużyć na cokolwiek. Dopóki nie wyciśnie z siebie wszystkiego, żeby poczuć się czysty i nie odkryje, że brud jest głębiej, że siedzi w sercu jak tatuaż, którego nie da się zmyć. Wiara to nie słowo z plakatu w kościele. To raczej moment, gdy człowiek się poddaje. Nie z rezygnacji, ale ze zrozumienia, że nie może sam się uratować. Gdy stoisz na brzegu i patrzysz na przepaść, i wiesz, że żadna twoja deska nie zbuduje mostu. A wtedy przychodzi Jezus. Nie z pieczątką „zaakceptowano”, tylko z ranami. I mówi: chodź. I to „chodź” jest wszystkim. Jest sprawiedliwością i miłosierdziem w jednym. Bo jeśli Bóg byłby tylko sprawiedliwy, nikt z nas by nie przetrwał. Wszyscy jesteśmy winni; w drobiazgach, w myślach, w milczeniu, które boli innych. A jeśli byłby tylko miłosierny, świat rozpadłby się w bezkarności. Więc wymyślił coś, co rozumowi nie mieści się w głowie; - sprawiedliwość, która przebacza. Miłość, która płaci rachunek za cudzy dług. To dlatego Paweł mówi o sprawiedliwości przez wiarę. Bo tu nie chodzi o to, żeby coś zrobić. Chodzi o to, żeby pozwolić, żeby coś zostało zrobione dla ciebie. To jest jakbyś całe życie próbował się sam uratować z tonącej łodzi, a Bóg wchodzi w wodę, chwyta cię i mówi: przestań wiosłować. I ty nadal próbujesz, z przyzwyczajenia, aż w końcu odpuszczasz. I to właśnie jest wiara; - moment, w którym odpuszczasz, bo wiesz, że On nie odpuści. Nie ma takiej ilości dobrych uczynków, która przykryje nasze niedoskonałości. Nie ma religijnego porządku, który zastąpi zaufanie. Bo Bóg nie patrzy tylko na to, co zrobiliśmy, tylko na to, czy potrafimy uwierzyć w to, co On zrobił. A wiara nie jest nagrodą. Jest oddechem po długim topieniu się. *** Myślę, że Boża sprawiedliwość to nie sala sądowa, tylko szpital. Bóg nie przychodzi, żeby osądzić, ale żeby zszyć. Nie mówi: „to twoja wina”, tylko: „pozwól, że cię opatrzę”. A my zamiast pozwolić, próbujemy tłumaczyć, dlaczego rana jest w zasadzie niczym. I dopiero gdy przestajemy udawać, zaczyna się leczenie. Nie chodzi więc o to, żeby zrozumieć, kim jest Bóg, sprawiedliwy czy miłosierny. Chodzi o to, żeby Go spotkać tam, gdzie sami sobie już nie pomagamy. Bo to właśnie tam, w rozpadzie i bezsilności, pojawia się coś, co przypomina światło. I nagle wiesz, że to nie ty Go znalazłeś. To On znalazł ciebie. I może to właśnie znaczy, że sprawiedliwy żyje z wiary… - nie dlatego, że ma wszystko poukładane, ale dlatego, że wreszcie przestał grać w grę, w której trzeba zasłużyć na miłość. *** „W niej bowiem objawia się sprawiedliwość Boga z wiary w wiarę, jak jest napisane: Sprawiedliwy będzie żył z wiary.” ‭‭Rzymian‬ ‭1‬:‭17‬ ‭UBG‬‬