Człowiek, który wymyślił, że relacje powinny działać jak dobrze ustawiony automat z kawą… wrzucasz monetę, naciskasz przycisk, dostajesz dokładnie to, co zamówiłeś…, musiał być kiedyś bardzo zmęczony ludźmi, bo tylko zmęczenie rodzi takie marzenia o przewidywalności, które brzmią rozsądnie, dopóki nie spróbujesz ich zastosować wobec czyjegoś serca, które, jak wiadomo, nie ma instrukcji obsługi, a jeśli ma, to ktoś ją dawno zgubił. To zdanie z grafiki, które brzmi jak porada księgowego od emocji; dawaj tyle, ile dostajesz, jest kuszące właśnie dlatego, że obiecuje porządek w miejscu, gdzie zwykle panuje chaos, a jednak, gdy zestawisz je z Ewangelią, zaczyna się lekki zgrzyt, taki jak wtedy, gdy ktoś mówi ci, żebyś był spontaniczny dokładnie o 17:30. Bo z jednej strony Jezus mówi rzeczy, które mogłyby przyprawić każdego zwolennika „bilansu energetycznego” o lekkie zawroty głowy: „Dawajcie, a będzie wam dane; miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrze wasze” (Łk 6,38), a chwilę wcześniej daje grunt, jakby chciał sprawdzić, ile jesteś w stanie unieść: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając” (Łk 6,35), co brzmi bardziej jak ryzykowna inwestycja niż zdrowa strategia życiowa. A z drugiej strony, i to jest moment, w którym człowiek prostuje się na krześle, pojawia się zdanie, które nie daje się już łatwo zamienić w motywacyjny plakat: „Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie” (Mt 7,6), czyli coś, co brzmi jak brutalne przypomnienie, że nie każdy ma zdolność przyjęcia tego, co dajesz, i że czasem problem nie leży w twojej hojności, tylko w cudzej niezdolności do przyjęcia daru. I wtedy robi się jeszcze ciekawiej, bo Jezus dokłada do tego trzeci element, który rozbija cały system wzajemności jak kamień wrzucony w szybę: „Jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność?” (Łk 6,32), jakby chciał powiedzieć, że miłość liczona według zasady „coś za coś” przestaje być miłością, a zaczyna być dobrze prowadzonym handlem, który, choć uczciwy, nie zmienia człowieka ani trochę. To napięcie, które powstaje między bezinteresownym dawaniem a koniecznością stawiania granic, jest może najmniej wygodnym miejscem do życia, bo nie daje gotowej recepty, tylko zmusza do ciągłego rozróżniania, czy w danej chwili jesteś wezwany do tego, żeby dać jeszcze trochę, czy raczej do tego, żeby przestać wlewać w coś, co od dawna nie jest naczyniem, tylko studnią bez dna a przecież nawet Księga Przysłów, która rzadko podnosi głos, mówi wprost: „Strzeż swego serca bardziej niż wszystkiego innego, bo z niego tryska źródło życia” (Prz 4,23). I być może ostatecznie chodzi o coś mniej efektownego, ale bardziej prawdziwego: żeby nie zamieniać serca w kalkulator, który przelicza każdą uwagę i gest, a jednocześnie nie robić z niego dziurawego kubka, do którego ktoś bez końca wlewa własny brak, podczas gdy ty, z coraz większym zdziwieniem, zaczynasz rozumieć, że to, co miało być miłością, dawno już przestało nią być, choć bardzo chciałeś, żeby było. A jeśli to odkrycie boli, to może właśnie dlatego, że jest początkiem porządku, w którym przestajesz szukać potwierdzenia w cudzych reakcjach, a zaczynasz odnajdywać je w źródle, które, jak obiecuje Jezus, nie wysycha: „Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki” (J 4,14). I nagle okazuje się, że nie wszystko, co odchodzi, jest stratą, czasem jest miejscem, które wreszcie może się wypełnić czymś prawdziwym.